NEW! Fetish pamięci żałobny rapsod - 23.06.2014
NEW! These Streets Are Yours - 13.06.2014

Shadows of your past - rozdział II

image

Banner by: Moja kochana i niezastąpiona Marti

Tytuł: Shadows of your past (Cienie przeszłości)

Autorka: @dead_golldfish

Paring: Larry Stylinson

Bohaterowie: Louis Tomlinson, Harry Styles, Zayn Malik, Liam Payne, Niall Horan, Anne Cox.

Gatunek: dramat

Opis: Ile tak naprawdę z siebie pokazujemy światu? Czy to co ludzie widzą to prawdziwi my, czy maska zakładana na naszą twarz? Co jeśli prawda jest inna i w domu jesteśmy zupełnie innym człowiekiem? Co jeśli ofiara staje się katem, nie mając o tym zielonego pojęcia? Czy miłość jest naprawdę ślepa i wszystko wybacza? Zaufanie to cienka linia, a granica między miłością i nienawiścią jest jeszcze bardziej cienka.

Informacja: Przewiduję drastyczne sceny, nie chcesz, nie czytaj.

Inspiracja: Prompts napisany przez anonima, który tak mi się spodobał, że postanowiłam zrobić z tego mini-serię.

Beta: Moja kochana Wani, której chciało się w ogóle to czytać! 

Od autorki: Hell yeah, mamy drugą część! Nie wierzyłam, że się pojawi i że to napiszę, bo nie jestem dobra w takich rzeczach i dlatego tak długo to ociągałam, ale wczoraj spięłam tyłek i oto jest. 

Naprawdę byłabym wdzięczna za jakiekolwiek słowa i waszą opinię, bo włożyłam w to wiele czasu i energii. Wszystkie opinie kierujcie tutaj ->KLIK

Nie przeciągając już dłużej, zapraszam do czytania. 

Enjoy :) xxx

Ps. Rozdział jest napisany oczami Harry’ego.

XXX

[Florence + The Machine - No Light, No Light]

Ciemność nocy spowija nasze ciała. Czerń przedostaje się do pokoju kontrastując z światłem księżyca wpadającym przez okno. Cicha melodia nocy sączy się pod oknami naszego domu. Świerszcze w najlepsze urządzają sobie koncerty, tak samo jak robimy to my, tyle, że w dzień. Gdzieniegdzie słychać pohukiwania sowy, która tylko dodaje charakteru grozy. Nie pali się żadna latarnia, nie widać nawet najdrobniejszego światła na zewnątrz. Podobnie jest z moją nadzieją, która już dawno przestała się tlić. Teraz po prostu jej nie ma, jakby ktoś zabrał ją ode mnie czarodziejską różdżką i nie ma zamiaru mi jej nigdy oddać. Jestem człowiekiem wręcz beznadziejnym, który stracił sens życia. Albo może nigdy go nie miał? Kto wie…

Mam ciebie, a to jest dla mnie wystarczające. Jednak ostatnio coś się zmienia. Coś ciemnego, ponurego wkracza w nasze życie zabierając mi ciebie. To rozszarpuje nasze życie w najdrobniejsze strzępki, a ja nie mogę tak po prostu zebrać ich i posklejać taśmą. To za dużo, przynajmniej dla mnie. Jestem już zmęczony ratowaniem czegoś, co już dawno zatonęło. My wciąż istniejemy. Jesteśmy jak Tytanic, wciąż żywi. Jestem wrakiem człowieka. Staczam się na dno, tonę. Jestem samotnym statkiem dryfującym po morzu zwanym życiem. Jesteś wyspą, moją idyllą, do której nieustannie dążę. Jesteś wszystkim. Jesteś w mojej głowie, nawet wtedy, kiedy usilnie cię stamtąd wyrzucam. Jesteś przestrzenią w moim łóżku, kiedy wydaje się takie puste. Ty tam wciąż jesteś. Jesteś moim początkiem skarbie, początkiem wszystkiego. Jesteś konsekwencją. Jesteś moją słabością. Jesteś moim sercem. Jesteś moją głową. Jesteś wszystkim?

Nawet nie wiem kiedy pozwoliłem wtargnąć ci do mojego życia. To nie miało być tak. Ty nie powinieneś być taki ufny. Nie powinieneś mnie kochać. A jednak kochasz.

Nie pozwolę ci odejść. Może brzmi to dziecinnie. Może to jest niepoprawne i nieakceptowane. Może to jest złe i karygodne. Może to nie powinno tak być. Ale należysz do mnie i nikt nie ma prawa mi ciebie odebrać. Może brzmi to tak, jakbyś był moją najlepszą zabawką, ale jesteś człowiekiem kochanie. Masz uczucia i serce, które tak chętnie bije dla mnie każdego dnia. Jest uzdrowieniem mojej duszy. Jesteś moim lekarstwem.

Leczysz mnie każdego dnia, wyciągając z czeluści, w którą wpadam każdej nocy. Ciemność wieczora pochłania mnie ze sobą, wysysając wszystko to, co jest we mnie dobre. Staram się dla ciebie, każdego ranka. Ale dopiero noc ukazuje mnie. Prawdziwego mnie. Moje drugie oblicze, do którego nikt nie ma dostępu. To nie to, że jestem wilkołakiem, bo nie naprawdę nie boje się tojadu. Wampirem też nie jestem, bo toleruje czosnek, krzyże i wodę święconą. Nie jestem potworem, bo nie uważam się za takiego, a może powinienem?

Czuje się wyprany z jakichkolwiek emocji – tak, jakby zostało tu same moje ciało, a gdzieś w przestworzach latał sobie mój umysł. Ciemność otumania moje zmysły, a ja czuje się tak jakbym spadał w przepaść. Nie złapiesz mnie teraz?

Trzymam się twojego ciała, jakby ono było moją ostatnią deską ratunku. To ty ratujesz mnie przed obłędem. Sama twoja obecność wystarcza, żeby pohamować mój temperament, chociaż nie zawsze jest to łatwe. Wiem, że nic nie rozumiesz i nawet, jeśli zrozumiałbyś, chociaż połowę rzeczy, które siedzą w mojej głowie, zostawiłbyś mnie. W sumie nie byłbyś pierwszą osobą, która by to zrobiła. Ale pośród nich wszystkich to na tobie zależy mi najbardziej, więc dla ciebie udaje, że wszystko jest idealnie. Ciemność spowija moją duszę, którą już dawno sprzedałem diabłu. Zawarłem pakt z szatanem i nie ma dla mnie ratunku.

Jesteś taki kruchy i bezbronny. Twoja porcelanowa twarz jest niczym twarz małego dziecka i wszystko, czego chcę w tym momencie to ochronić cię przed całym złem tego świata, bo ty na to nie zasługujesz. Powinieneś dostać w życiu coś lepszego, niż to, co masz do tej pory. Twoje małe ciałko jest zwinięte w pozycji embrionalnej. Przyciskam cię mocno do siebie tak, że aż brakuje mi tchu. Pasujemy do siebie idealnie. Jak dwa brakujące puzzle do układanki. Jesteśmy jak Yin i Yang. Nasze nogi leżą splątane w dole łóżka. Twoje maleńkie rączki zawinięte są w piąstki. Rąbek twojej koszulki, która teoretycznie ma służyć ci za piżamę, podwija się odsłaniając kawałek twojej nagiej skóry. Przejeżdżam po niej opuszkiem palca, zafascynowany jej fakturą. Rysuję na niej delikatne wzorki, pragnąc przekazać ci tym małym gestem to, co jest niewypowiedziane. Słowa wiszą nad nami. Te, których nigdy nie powiedziałem są niczym siekiera nad głową winowajcy czekającego na ścięcie. Powinieneś to wszystko wiedzieć. Żałuję tego, że nigdy się tego nie dowiesz.

Patrzę na twoje ręce, jak napinają się pod wpływem emocji, które odczuwasz podczas snu. Jestem zachwycony, tym jak każde ścięgno w twoim ciele porusza się. Obserwuje twoje tatuaże, które są dla mnie jak płachta dla byka. Przyciągają mnie do ciebie jak magnes. Godzinami mógłbym obserwować te wzory, tak bardzo pasujące do moich. Przyglądam się swojemu pismu, wytatuowanemu na twoim przedramieniu i dosłownie łezka w oku kręci się na te wspomnienie. Wtedy pierwszy raz cię zobaczyłem i wiedziałem, że wszystko schrzanisz. Wszystko, nad czym tak długo pracowałem. Czy żałuję? Nie żałowałem tego nigdy i nigdy nie będę. Bo kocham cię. Dwa idiotyczne słowa, choć niewypowiedziane, jednak odczuwalne w gestach i spojrzeniach. Kocham cię, kiedy śpisz, kiedy się uśmiechasz. Kocham cię, kiedy śpiewasz koncerty przed prysznicem. Kocham cię rano. Kocham cię w południe. Kocham cię wieczorem. Kocham cię, kiedy budzisz się zmęczony, po kolejnej imprezie. Kocham cię w poniedziałek rano. Kocham cię, gdy energicznie zaganiasz nas do pracy, choć to zadanie Liama. Kocham cię, kiedy ekscytujesz się nowymi piosenkami. Kocham cię, kiedy cierpliwie oglądasz ze mną To właśnie miłość. Kocham cię teraz…

Kocham cię bez powodu i to jest w tym najpiękniejsze. Bo jesteś moją własną definicją miłości i nic, ani nikt nigdy tego nie zmieni.

Patrzę jak twoja klatka piersiowa unosi się i opada. Twój tatuaż napręża się pod wpływem mojego dotyku. Obrysowuje palcem słowa. This is what it is. To wszystko jest niczym mantrą dla mojego serca, które przyspiesza, gdy tylko nasza skóra styka się. Niewidzialne iskry przeskakują między naszymi ciałami. Nazywam to idealną chemią. Twoje ciało pali. Albo to może moje płonie od środka. Jestem niczym zapałka, która w kontakcie z twoim ciałem płonie żywym ogniem. Ale to jest ten typ ognia, który nigdy się nie wypali, bo on zawsze zostanie wewnątrz mnie – gotowy, by zapłonąć ponownie.

Odgarniam grzywkę opadającą na twoją twarz. Twój nosek marszczy się, a ja uważam to za najbardziej uroczą rzecz na całym świecie. Układam głowę w zagłębieniu twojej szyi. Wdycham twój zapach, który jest dla mnie niczym heroina dla narkomana.

- Jesteś moim skarbem – szepczę, a ty dopasowujesz się idealnie do mojego ciała, jakbyś był stworzony właśnie dla mnie. Mruczysz cicho pod nosem niezrozumiałe dla mnie słowa, a ja mam nadzieję, że masz piękne sny, bo na takie właśnie zasługujesz.

Ziewam przeciągle. Opuszkiem palca obrysowuję zarys twojej szczęki. Przenoszę go na usta. Jestem zachwycony ich fakturą. Pochylam się lekko obserwując twoją twarz. Krzywisz się, gdy łaskoczę cię delikatnie moimi za długimi włosami. Muskam swoimi ustami twój miękki i delikatny policzek. Na nim pojawia się rumieniec, a ja jestem zadowolony tym, że ja jestem tego przyczyną.

Układam głową na poduszce. Twoje kosmyki łaskoczą moją szyję, a ja mimowolnie chichocze. Całuję twój kark, umacniając uchwyt na twojej talii.

Wpatruję się w biały sufit. Delikatnie głaszczę twoje ramię. Studiuję fakturę sufitu szukając w nim czegoś niezwykłego, ale on jest po prostu… biały. Szukam jakiegoś cudu, który pomógłby mi uwierzyć, ale nie ma żadnych błyskawic, trzęsień ziemi czy czarów-marów. Moje usta przepełnione są goryczą porażki.

Z ulgą oddycham, gdy pojawiają się pierwsze oznaki zmęczenia. Kurczowo chwytam się tych cząstek nadchodzącego snu, zanurzając się w nim całkowicie. Bo właśnie tylko sen jest moim zapomnieniem, a przynajmniej był.

 

Pomieszczenie spowija mrok. Ciemność zalewa każdy zakamarek tego pokoju. Ewidentny zapach stęchlizny uderza mnie w nos. On zawsze kojarzy mi się z opuszczonymi magazynami, piwnicami i starymi budynkami. Znajduję się w jednym z tych miejsc. Jestem pewien, że w tym pomieszczeniu znajduje się okno. Mimo, iż nie wpada tu żadne światło, wciąż słychać odgłosy nocy, a przede wszystkim hałas przejeżdżających samochodów. Muszę znajdować się niedaleko skrzyżowania, bo dźwięki nie są zniekształcone. Moje mięśnie są sztywne i napięte, jakby ktoś naszprycował mnie środkami uspokajającymi albo dragami. Mój umysł jest lekko otumaniony, spowity dziwną mgłą, niemal czarną zasłoną, za którą znajduje się jedna wielka czarna dziura. Nie pamiętam, co tu robię, ani jak tu się znalazłem. Ciało jest dziwnie otępiałe, jakby minimalnie spóźnione w reakcjach. Ciemność nigdy mnie nie przerażała, a teraz raptem zaczęła pulsować i żyć własnym życiem, jakby przestrzegając mnie przed tym, co się zdarzy. Niemal błaga mnie bym uciekał. Ale ja nie mam siły tego zrobić. Po prostu leżę w jakimś brudzie z ulgą wpatrując się w sufit, od którego odlatuje farba.

Wstrzymuje oddech, nasłuchując jakichkolwiek kroków, ale żadne nie nadchodzą. Oddycham z ulgą. Dźwigam się z wysiłkiem do pozycji siedzącej i opieram się plecami o zimną ścianę. Głowa pulsuje mi tępym bólem. Rozmasowuje obolałe skronie, rozglądając się. Pomimo braku światła jestem w stanie dostrzec zarysy przedmiotów i mebli. Widzę nawet drzwi, które są zamknięte za zasuwę, a ja nie mam tyle cholernej siły, żeby ją otworzyć. Przynajmniej wyglądają na zamknięte.

W korytarzu echem odbijają się czyjeś kroki, a ja wstrzymuje oddech. Kroki milkną na chwilę w momencie, w którym człowiek staje dokładnie przed tymi drzwiami. Moje serce bije w zawrotnym tempie. Przygryzam wargę, niemal czując miedziany smak własnej krwi. Dłonie zaciskam tak mocno, że już dawno pobielały mi kłykcie. Moje ciało sztywnieje, a zalewające mnie przerażenie sprawia, że coraz trudniej jest mi oddychać. Mój umysł podsuwa coraz to straszniejsze wizje, a ja staram się je odsuwać od siebie, chcąc zachować, chociaż szczątki zdrowego rozsądku.

Drzwi otwierają się z głośnym szczękiem, z hukiem uderzając o ścianę i odbijając się od niej. W świetle stoi mężczyzna, który jest ode mnie wyższy, co najmniej o głowę. Jego krótkie, ciemne włosy zdają się błyszczeć w świetle padające światła. Jest niczym anioł, który przybywa na mój ratunek. Jednak wyraz jego twarzy sprawia, że wymiotuję. Żółć zalewa moje gardło, a ja czuję nieprzyjemne pieczenie. Przecieram oczy, jednak on wciąż stoi tam gdzie stał z tym szatańskim błyskiem w oku. Arogancki uśmiech rozciąga jego usta, a on przypomina mi teraz bardziej diabła w ludzkim ciele. Mrugam oczami, a on kilkoma krokami pokonuje dzielącą nas odległość, nie fatygując się z zamykaniem drzwi. Stoi nade mną, niczym kat nad skazańcem. Przełykam głośno ślinę, szukając drogi ucieczki.

- Byłeś grzeczny Harry? – pyta mnie, a jego głos jest niczym skrzeczenie, które boleśnie rozlewa się po mojej głowie. Kiwam głową w odpowiedzi, niezdolny wypowiedzieć ani słowa. – ŁŻESZ! – krzyczy. Podciągając moje ciało i przyciskając rękę do mojej krtani. Krztuszę się, bojąc się o jego następny ruch. – ŁŻESZ JAK JEBANA SUKA STYLES!

Próbuję łapać powietrze, które nie nadciąga. Duszę się, próbując odciągnąć jego zaciągniętą dłoń. Kręci mi się w głowie. Mężczyzna w ostatniej chwili puszcza mnie, a ja upadam z głuchym łoskotem na ziemię.

- B…Będę grz…grzeczny – jęczę cicho, łapiąc szybko powietrze. – Wujku będę grzeczny! – Krzyczę, zapewniając go o tym.

- Zrobisz wszystko, co ci karzę – syczy, śmiejąc się gardłowo.

- Zrobię w…wszystko, co karzesz – mówię, przełykając gulę rosnącą w gardle, z upokorzeniem opuszczając głowę. – J…Jestem grzeczny… Proszę… nie karz mnie… wujku…

Mężczyzna odpowiada mi śmiechem, a ja czuje rosnące obrzydzenie. Jak daleko dzisiaj będzie w stanie się posunąć?

Jednym ruchem przygwożdża mnie do ściany. Liże moją twarz, jakbym był najlepszym lizakiem, jaki jadł w życiu. To jest obrzydliwe, a ja ponownie dzisiejszego dnia czuje żółć w swoim gardle. Widzę jak jego brudne paznokcie dotykają moje ciało, zdzierając ze mnie ubrania. Mężczyzna kopie mnie w krocze, nie pozwalając mi upaść na ziemię. Wiję się z bólu, strachu i przerażenia. A on napawa się tymi uczuciami, niczym najlepszymi perfumami. Czuję ciepło między nogami. Coś ciepłego spływa w dół moich nóg, a ja nie mogę być już bardziej zażenowany. Strach potrafi zrobić wszystko z człowiekiem. Facet śmieje się, a ja wiem, że dostanę karę.

- Ukarz mnie… - błagam. – Ukarz mnie, bo jestem niegrzecznym chłopcem – mówię cicho. – Kocham cię wujku. Tak bardzo, bardzo cię kocham.

Powtarzam te słowa niczym mantrę. Nawet nie wiem, kiedy mężczyzna zaczyna pieprzyć moje gardło, a ja powoli tracę oddech. Mdleję, czując w ustach jego spermę.

 

Scena zmienia się. Tym razem nie jestem w tej brudnej piwnicy, leżąc w wymiocinach, brudzie i sikach. Jestem w pokoju, który znam zbyt dobrze. To miejsce nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem. Jest raczej miejscem, które zniszczyło człowieka, zabierając mu jego niewinność. Wszystko tu jest znajome do tego stopnia, że staje się to, aż przerażające, bo kiedy zamykam oczy wciąż widzę ten pokój, te przeklęte cztery ściany, a wszystko, o czym myślę to to, czy uda mi się zapaść pod ziemie. Przysięgam sobie, że nikt się o tym nie dowie – o tej plamie na mojej duszy. Za każdym razem, gdy znajduje się w tym pomieszczeniu, mówię sobie, że jest to ostatni raz. Ale to nie pomaga, bo po każdym następnym przychodzi kolejny, jak niekończące się kółko. Piekielne, przeklęte kółko, w którym się znalazłem i nie ma z niego powrotu. Nigdy się stąd nie wydostanę, a ta myśl przeraża mnie jeszcze bardziej, bo ja tak cholernie boje się tego, że następnego dnia otworzę oczy i nie zobaczę światła, które jest dla mnie bezpiecznym schronieniem, bo wiem, że dopóki ono trwa nic mi się nie stanie. Ale potem przychodzi noc, która strzepuje ze mnie resztki człowieczeństwa. Noc, kiedy staje się rzeczą, czyjąś przeklętą własnością i nienawidzę siebie za to. To straszne i przerażające. Przerasta mnie to wszystko, to więcej niż mogę znieść. To tu zawsze mnie gwałcą i poniżają. To tu dokonują strasznych rzeczy, których zwykły człowiek nie może znieść. To tu wykorzystują mnie, niczym najlepszą seks zabawkę. To tu straciłem całe swoje życie. Wszystko, co miałem zostało mi odebrane. Wstydzę się tego, ale mówię temu dość. Nie poddam się. Tym razem nie pozwolę na to, by ktokolwiek mnie tknął. Tej nocy jestem gotowy nawet zabić, byleby to się nie powtórzyło. To rozdziera mnie za każdym razem. Nie chcę tak się już czuć. Nigdy.

Obracam się, a obok mnie znajduje się twarz jednego z nich. Mężczyzna oddycha gardłowo, a smród wydobywający się z jego ust jest odczuwalny w każdym miejscu pokoju. Krzywie się, zakrywając usta dłonią i starając się nie zwymiotować. Facet chrapie głośno, a ja podskakuje w miejscu. Moje oczy rozszerzają się ze strachu, a ja zagryzam wargę, starając się nie pisnąć. Wsłuchuje się w jego miarowy oddech. Mężczyzna nie obudził się, a ja wypuszczam powietrze ze świstem. Jestem zdziwiony, bo nawet nie wiedziałem, że je wstrzymuje. I wtedy dochodzi do mnie myśl, że to już koniec. Że dzięki temu już nigdy nie będę czuć strachu, że raz na zawsze uwolnię się od tego. Ta myśl mnie przeraża, jednak nie pozwalam sobie na słabości. Najlepszą obroną jest atak.

Dlatego przerzucam ciężar ciała na niego, siadając na niego okrakiem. Przyciskam swoje ramię do jego gardła i rozkoszuję się tym dźwiękiem, gdy facet dusi się i zdezorientowany otwiera oczy. Wpatruję się w tą morską taflę obserwując jak on wierci się pode mną. Śmieje się gardłowo, ukazując szereg białych zębów. Widzę jak mężczyzna stara się krzyczeć, jednak nie pozwalam mu na to, zabierając mu dopływ powietrza. Przestaję wtedy, gdy krew podchodzi mu do twarzy, a ja jestem pewny, że on jest na wpół świadomy.

Na jego twarzy maluje się zdziwienie. Rozgląda się po pomieszczeniu zamglonym spojrzeniem, a ja pierwszy raz od dłuższego czasu coś czuje. Lekka satysfakcja kłuje mój umysł, zasiewając ziarnko samozadowolenia. Nadzieja kwitnie w mojej piersi, ale spycham ją w dalekie zakamarki mojej duszy. Nic nie może mnie rozproszyć, nie teraz. To jest niczym walka o przetrwanie w dżungli, tyle, że akcja trwa tu i teraz, a stawką jest moje życie.

Uderzam go w twarz, tym samym chcąc go lekko ocucić. Facet otwiera szeroko oczy, a w nich tańczy dezorientacja. Zaciskam dłoń na jego gardle. Pochylam się nad nim, zbliżając twarz do jego ucha, niemal muskając je ustami. Sama myśl wywołuje u mnie odrazę i wstręt.

- Zrobisz wszystko, co ci karzę – szepczę słodko.

Odsuwam się od niego, obserwując jego twarz, na której gości przerażenie. Rozkoszuje się tą emocją, która powoli, delikatnie zachęca mnie do dalszego działania.

- N…Nie. – Wydobywa się z jego ust, a ja odrzucam głowę do tyłu, śmiejąc się gardłowo. W moich oczach tańczą niebezpieczne iskierki, ale on jeszcze nie wie, że zostanie za to ukarany, a kary są bolesne.

Zrywam koszule z jego ramion, a z jego ust wydobywa się cichy pisk, niczym ten u małego dziecka. Przejeżdżam paznokciami po jego klatce piersiowej, zostawiając tam krwawe ślady. Krzywi się pod wpływem bólu, a to jest niczym paliwo napędowe dla mnie.

- Pozwolił ktoś ci się odzywać? - Syczę wymierzając mu siarczysty policzek.

Odpinam pasek jego spodni, odrzucając go na bok. Dociskam kolano do jego krocza, a z jego ust wydobywa się cichy jęk.

- Podoba ci się?

Zatapiam paznokcie w jego skórze, pozostawiając w niej półkoliste ślady. Zrywam z niego spodnie wraz z bokserkami, nie przejmując się tym gdzie upadną. Facet zasysa powietrze pod wpływem zimna kontrastującego z jego rozgrzaną skórą. Chwytam jego członka w obie dłonie, ściskając go. Rozkoszuje się tym, jak ból przenika po jego twarzy. Wykręcam jego przyrodzenie pod nienaturalnym kątem, tak jak uczyli mnie tego kilka lat wcześniej na kursie samoobrony.

Chwytam jego biodra brutalnie przewracając go na brzuch.

- Rozsuń nogi - warczę niebezpiecznie, a gdy nie wykonuje mojego polecenia robię to sam, tylko o wiele razy mocniej. Mężczyzna upada na łóżko, a ja jednym ruchem pozbywam się bielizny.

Wchodzę w niego jednym mocnym pchnięciem, czerpiąc czystą satysfakcję z jego błagań. Wbijam się w niego mocno, co chwile przyspieszając. Kompletnie się w tym zatracam.

- Harry - słyszę. - H…Hazz p…przestań…Przestań bbb…Błagam…To boli!

Jego głos jest zduszony, więc daje sobie rękę uciąć, że płacze.

- Ma boleć! – Krzyczę, tracąc nad sobą panowanie. Facet wierci się i wyrywa, a ja zatapiam palce w jego boku. - Będzie boleć tak, jak za każdym razem bolało to mnie.

Odwracam go i szczytuje w jego wnętrzu, patrząc na jego twarz rozdartą bólem. Wychodzę z niego, a po jego udach płynie krew.

- Byleś zajebisty - rzucam na koniec, plując mu prosto w twarz.

 

Leżę pod nim, siłując się z jego ręką zaciśniętą na moim gardle. Brakuje mi tlenu i ostatkiem sił zrzucam go z siebie. Mężczyzna z głośnym trzaskiem ląduje na podłodze. Szybko łapię powietrze schodząc z łóżka. Rzucam się na niego. Czuję jakbym dostał nowy zastrzyk energii, coś jak najnowsze baterie Energizer. Staję nad nim i wymierzam mu mocnego kopniaka w brzuch. Facet krzywi się, a ja uderzam w jego ciało gdzie popadnie. Właściwie każdy strzał jest na oślep. Gdy moja noga spotyka się z jego żebrami po pokoju roznosi się tępy dźwięk łamanych kości. Podnoszę go za gardło przygwożdżając go do ściany. Moja pięść spotyka się z jego okiem, następny jest nos, drugie oko, usta, a potem już nawet na to nie patrzę. Wściekłość przepływa przez mój organizm, wybijając własny rytm. Spojrzenie, pięść, trzask. Spojrzenie, pięść, trzask. I od początku…
Mężczyzna nawet się nie broni, a ja nie ustępuje, bo chce raz na zawsze zakończyć ten koszmar.

Światło zalewa pomieszczenie, rażąc mnie swoim blaskiem. Puszczam go, a on upada z hukiem na podłogę, kaszląc i plując krwią. Jak urzeczony wpatruje się we wschód słońca, bo nigdy nie widziałem czegoś tak równie pięknego jak to.

 

Wyglądam przez okno wpatrując się w różne odcienie różu, pomarańczy, żółci i czerwieni. Słońce wylania się zza chmur zwiastując nowy dzień. Ono od zawsze daje mi nadzieje. Opuszczam ramiona, chowając twarz w dłoniach. Znowu śnił mi się ten koszmar, o którym tak usilnie staram się zapomnieć.

Wzdycham podnosząc wzrok i patrząc na nasze lóżko, które jest puste. Panika przechodzi przez moje ciało, gdy gorączkowo rozglądam się wkoło szukając twojego maleńkiego ciałka. Cichy kaszel wydobywa się zza łóżka. Podchodzę tam i staje zszokowany. Jesteś tam, leżąc skulony w kałuży własnej krwi, praktycznie się nią dławiąc. Spoglądam w twoje niebieskie oczy. Te morskie tęczówki pozbawione są światła, tej iskierki, którą w nich tak kocham. Masz pusty wzrok, patrzysz się na mnie bez żadnych uczuć. Cofam się przerażony, szarpiąc swoje loki.

- Nie, nie, nie, nie… To niemożliwe, niemożliwe - majaczę, cofając się. - Nie zrobiłbym tego, nie, nie, nie, NIE, NIE, NIE, NIE!

Plecami wpadam na szafkę, nie czując nawet bólu. Mój ulubiony wazon upada na ziemię, bijąc się w drobny mak. Szczypie się w rękę, ale to nie pomaga. Bo to nie jest sen, a szara rzeczywistość.

Nigdy nie sądziłem, że światło dzienne może być aż tak bolesne. Nie sądziłem, że stracę nad sobą kontrolę.

Wybiegam z pokoju, chwytając kluczyki do mojego samochodu. Gorączkowo zbieram po schodach do garażu, otwierając go. Wyciągam telefon, wybierając numer. Oddycham głęboko licząc sygnały, mając nadzieję, że to pomoże mi ochłonąć.

- Halo?

- M.. M…Mamo - mówię, zaciskając powieki, starając się odciąć dopływ łez, które zabierają mi pole widzenia, spływając ciurkiem wzdłuż mojej twarzy. Kapią niepostrzeżenie mocząc mi koszulkę.  - Ja…ja…ja…ja…

Nie jestem w stanie wykrztusić z siebie nic więcej.

- Harry, co się stało? - Słyszę jej zaniepokojony głos, a moje serce łamie się, gdy słyszę troskę w jej głosie.

Wybucham histerycznym płaczem, odpalając silnik. Moim ciałem wstrząsa spazm, a ja zagryzam wargę, aż ta bieleje. Wyjeżdżam z piskiem opon z podjazdu, zostawiając ten koszmar za sobą. Koszmar, który sam stworzyłem. Z ofiary stałem się katem nie mając o tym zielonego pojęcia. Skrzywdziłem go, mimo tego, że obiecałem mu, że zawszę będę go chronić bez względu na wszystko.

Łzy zabierają mi pole widzenia, gdy mijam tablicę Londynu. Ocieram je rękawem, a w ich miejscu pojawiają się kolejne, niczym niekończący się obieg.

Jestem w środku tego piekielnego koła, które zostało stworzone dobrych kilka lat temu. Śmieje się histerycznie, gdy uzmysławiam sobie, że ono nigdy nie zakończyło obiegu, a ja po prostu dałem się nabrać na to, że zło zostało za mną.

Mogę jedynie myśleć o tobie leżącym w naszej wspólnej sypialni. Nigdy nie byłem mocny, chociaż miałem się za takiego. Myśl o krzywdzie, którą ci wyrządziłem doprowadza mnie do szaleństwa. To jest niczym obłęd. Wizja ciebie – zranionego, skulonego prześladuje mnie, ale nie mogłem po prostu tam zostać, jestem zbyt niebezpieczny dla ciebie. Każdy obraz dzisiejszego snu nawiedza mnie ponownie, podsuwając wizję tego, co zrobiłem tobie. Jak okrutny byłem. To wszystko sprawia, że nie zauważam nadjeżdżającego samochodu. W ostatniej chwili udaje mi się skręcić kierownicą tak, aby wrócić bezpiecznie na swój pas. Jestem nikim. Zwykłym marnym śmieciem, kiedy nie ma ciebie obok mnie, a teraz tak po prostu muszę się nauczyć, żyć z myślą, że nic nie będzie tak ja dawniej. Że nie będzie Louisa i Harry’ego, będzie sam Louis. Cienie mojej przeszłości znowu mnie nawiedzają zabierając mi to, co najcenniejsze – ciebie, moje powietrze. Wysysając ze mnie życie i zabierają serce, zostawiając je na pustkowiu i tylko obserwując jak umiera z bólu i tęsknoty za tobą.

10 liter. Przeszłość. Coś nienamacalnego, jednak dobrze znanego dla każdego z nas. Przynajmniej dla mnie. Coś, o czym łatwo jest zapomnieć, o ile nie męczą mnie nocne koszmary przypominające o tamtych dniach, w których modliłem się o przeżycie, o to, żeby następny wschód słońca dał nową nadzieję. Nadzieja to suka skarbie, a ja dobrze o tym wiem. Tamte chwile zawsze będą we mnie, bez względu na to jak bardzo pragnę zapomnieć. Powracają ze zdwojoną siłą, nękając mnie, sprawiając, że powoli tracę zmysły. Pozbawia mnie to gruntu pod nogami. Tracę pewność w siebie, w to, że utrzymam to w sekrecie. To rysa na mojej duszy. Cienie mojej przeszłości nigdy nie śpią. Jestem diabłem w ludzkim ciele, stworzony po to, by obalać takie anioły jak ty skarbie. Czy tak właśnie postępują diabły?

XXX

← Poprzedni rozdział | Następny rozdział