NEW! Fetish pamięci żałobny rapsod - 23.06.2014
NEW! These Streets Are Yours - 13.06.2014

If you want love, you gotta give a love - druga część “It’s only love not a timebomb”

Tytuł: "If you want love, you gotta give a love" (“Jeśli chcesz miłości, musisz dać miłość”) 

Motto: “And being here without you, it’s like I’m waking up to only half a blue sky. I’m walking round with just one shoe. I’m a half a heart without you. I’m half the man, at best with half an arrow in my chest. I miss everything we do. I’m a half a heart without you.”

Autorka: cwaniak

Nagłówek: Moje kochane słońce - Jozefowa!

Gatunek: Romans/Obyczajowy/Dramat (ale tylko trochę)

Miejsce akcji: Londyn, Wielka Brytania

Czas akcji: grudzień, 2013

AU (alternatywna rzeczywistość): One Direction nie istnieje

Opis: - Ja nie mogę, nie potrafię… Jak niby… Niemożliwe… Przecież… - Przez moją twarz przepływają setki emocji, a ja szukam ich ujścia. Próbuję znaleźć odpowiednie słowa, które zaplątały się w niezły supełek na końcu mojego języka. 

- To tylko miłość, nie bomba zegarowa Lou - mówi Harry, poprawiając swoje niesforne loki i lekko zaczesując je do tyłu. Jego usta układają się w idealny uśmiech, ukazujący jego przednie zęby, bo wie, że ma rację. I ja doskonale wiem, że on ma tą swoją cholerną, durną rację, której tak nienawidzę mu przyznawać. 

Od autorki: To była trudna decyzja z którą zmagałam się kilka ostatnich dni - wstawić czy nie wstawić? I tak oto decyzja bardzo spontaniczna - WSTAWIAM! I z tego miejsca dziękuje, za przeczytanie pierwszej części, bo to naprawdę wiele dla mnie znaczy! 
Dlatego zostawiam was z numerem dwa, który szczerze uwielbiam z pewnych powodów i czasami wydaje mi się, że pierwsza część była tylko marnym wstępem. 

Korzystając z okazji chciałabym podziękować kilku osobom, co za nowość!

Ponownie podziękowania lecą do matki chrzestnej, bo gdyby ona nie powiedziała “to całkiem fajny pomysł, powinnaś to napisać” trylogia nigdy by nie powstała. Kolejną osobą ponownie jest Jozefowa i Cukiereczek, które wspierały mnie i dzielnie znosiły moje wahania nastrojów przy pisaniu! Zdecydowanie brawa należą się Gabi, która wspierała mnie w tym pisaniu i utwierdzała mnie w tym, że robię to dość dobrze :) No i na końcu moje dwie bety - Iwcia i Kiki, które poświęciły swój wolny czas, by to dzieło dla mnie zbetować. I największe podziękowania lecą do Was - za przeczytanie pierwszej (marnej) części :) Zostawiam Was z numerem dwa licząc, że to bardziej przypadnie wam do gustu. ENJOY!

Plus jestem wdzięczna za każdą uwagę i komentarz pozostawiony pod poprzednią częścią! Dziękuje!

XXX

     1. 

Świat się zatrzymał. Albo to tylko ja stoję w miejscu, wpatrując się tępo w bruneta klęczącego przede mną. Moje oczy zachodzą łzami,  przygryzam dolną wargę, nie chcąc, by ujrzały one światło dzienne. Moje myśli pędzą jak japońskie metro, a ja naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć. Słowa Zayna kołaczą mi w głowie. Mam ochotę rzucić się na chłopaka, ukrywając głowę w zagłębieniu jego szyi. Mam ochotę całować go gdzie tylko popadnie i już na zawsze zostać jego. Otwieram szerzej usta, jednak nie wydobywa się z nich żadne słowo. Zwilżam wargi koniuszkiem języka, moje ręce drgają nieznacznie. Ta chwila jest niesamowita, chcę zapamiętać ją na wieki. Zawsze myślałem, że to ja pierwszy się mu oświadczę, a nie na odwrót. Chociaż rola Księżniczki też do mnie pasuje.

- Ja… - jęczę, nie mogąc złożyć sensownego zdania.

I wtedy słyszę cichy śmiech, wydobywający się z jego ust, co zdecydowanie przykuwa moja uwagę. Zwężam oczy, przyglądam mu się uważnie. Chłopak zwija się ze śmiechu, praktycznie turlając się po podłodze, a ja nie wiem co powinienem o tym myśleć. Po prostu stoję, niepewnie patrząc na jego reakcję.

- Boże, Louis – mówi, biorąc głęboki oddech i próbując się uspokoić. – Wyglądasz tak, jakbym co najmniej przed chwilą się tobie oświadczył.

Kilkakrotnie otwieram i zamykam usta. Dopiero po chwili dochodzi do mnie sens wypowiedzianych przez niego słów. Przetwarzam je kilkakrotnie, kiwając głową. Momentalnie moje oczy, zachodzą łzami, tym razem na pewno nie ze szczęścia, a ja odwracam się od niego, nie chcąc patrzeć na jego roześmianą twarz. Na mojej przejawia się grymas bólu. Jaki ja byłem głupi, sądząc, że on naprawdę chciał to zrobić.

- W chuj zabawne, Malik. Teraz możesz iść zapisać w swoim notesiku kolejny nieudany kawał – odpowiadam, odgarniając wpadające mi do oczu kosmyki brązowych włosów. Rzucam przelotne spojrzenie na jego twarz, sięgając po herbatę. Udaję, że chciałem ją wypić, kiedy tak naprawdę chcę jedynie wydostać się z tego pomieszczenia. Wyciągam kubek, wkładam do niego torebeczkę i włączam wodę.

- Ale jesteś dziecinny, Tomlinson – mówi, przewracając oczami. – Myślisz, że jej się spodoba?

- Słucham? – pytam, trzymając czajnik w ręku.

- Nie mów słucham, bo… - odpowiada, śmiejąc się i zagryzając wargę.

- Chcę oświadczyć się Perrie, co o tym sądzisz, Louis?

Czajnik wysuwa się z moich dłoni, ale łapię go w ostatniej chwili. Odstawiam go, wypuszczając powietrze, które nawet nie wiem kiedy zacząłem wstrzymywać. Drżącymi rękami odkładam kubek na miejsce, niezdarnie rozrywam torebkę, by po chwili przyozdobić podłogę liśćmi zielonej herbaty. Roztrzęsiony kucam, zbierając listki i robiąc wszystko, byle nie patrzeć na Zayna.

- Lou? – pyta, a jego głos drży. Podskakuję, gdy chłopak kładzie dłoń na moim ramieniu.

- Uhm… - mruczę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Może powinno to być coś w stylu „Hej, Zayn! Zajebiście, że chcesz się z nią ożenić, ale tak tylko przypominam, że codziennie wieczorem pieprzysz mnie na dobranoc”, a może „Nie! To pomyłka, rozumiesz? A co z nami? To powinienem być ja!”, ale wszystko co mówię to: - Będzie zachwycona. Każdy by był na jej miejscu.

Moje serce bije trochę zbyt szybko jak na moje oko. Resztki herbaty wyrzucam do kosza na śmieci. Odwracam się i napotykam spojrzenie Zayna.

- Lou?

Stoję, kładąc ramiona na biodrach. Taksuję go spojrzeniem. Myślę o tym, czego może chcieć ode mnie tym razem.

- Tak? – pytam, lustrując wzrokiem ścianę za chłopakiem. Nie chcę patrzeć w jego brązowe oczy, by zobaczyć w nich bezgraniczną miłość do Perrie.

To nie tak, że jej nie lubię. Jest bardzo urocza i kochana, wręcz idealna dla Malika, który przecież należy do mnie. Zayn należy do mnie, a nie do Edwards. To przy mnie zasypia i wstaje każdego ranka, a nie przy niej. To mnie przytula do siebie, kiedy ma dość wszystkiego. To mi mówi o swoich problemach, a nie jej. To mi szepcze do ucha wieczorami, że jestem jego całym światem. To przecież miałem być ja…

Policzkuje się mentalnie, starając się odgonić napływające łzy. W tym momencie jedyne czego chce to  przytulić się do kogoś, poczuć oplatające mnie silne ramiona. I tym razem nie chcę, żeby to był Zayn. To chyba nie jest aż tak bardzo samolubne z mojej strony.

- Co naprawdę o tym myślisz? – Wpatruje się we mnie tymi brązowymi oczami, które kochałem. Kochałem, bo teraz nie czuję nic. To tak jakby wszystkie uczucia nagle ze mnie odpłynęły i zostało samo ciało. Tak jakbym miał samą duszę. Nie czuję złości, rozpaczy, bólu, miłości. Jest tylko ten błogi stan, gdy adrenalina wciąż przepełnia moje ciało, przyćmiewając wszystkie myśli.

- Szczerze? – Unoszę brwi. – Mam to w dupie. – Wzruszam ramionami, wymijając go i zostawiając samego w kuchni.

Wchodzę do swojego pokoju i zamykam drzwi na klucz. Nie mam ochoty patrzeć w jego twarz, wykrzywioną uśmiechem i fałszywymi zapewnieniami o naszej wielkiej miłości. Dobrze wiem, że my się nie dzieli przez trzy z młodszymi koleżankami*. Wszystko ze mnie spływa. Zostaje smutek i bezradność. Kładę się na łóżku. Przyciągam poduszkę, wtulając w nią swoją wykrzywioną w grymasie bólu twarz. Pierwsze łzy wsiąkają w materiał.

- Nienawidzę cię… - szepcę, ukrywając twarz w poduszkę. – Nienawidzę – szlocham, starając się płaczem zmyć całe moje cierpienie. – To… powinienem być ja…

To ja powinienem stać tam i być szczęśliwy. To ja powinienem chwalić się pierścionkiem na moim palcu. Ale ja nigdy nie byłem pierwszy w kolejności.

Wzdycham, zastanawiając się ile jeszcze jestem w stanie wyprodukować łez. Boli mnie głowa. Czuję dziwny, tępy ból, którego nie mogę zatrzymać prostym masażem skroni. Księżyc wpada przez okno, oświetlając moje ciało. Wydaje mi się, że słyszę pukanie, ale gdy odwracam się w kierunku drzwi, nikogo tam nie znajduję. To tylko gałęzie drzewa stukające w okno. To tylko przeciąg… Przeciąg trzaska złudzeniami*.

     2. 

Poranek jest czymś okropnym, jeśli nie budzisz się w ramionach ukochanej osoby. Szczególnie jeżeli przyzwyczaiłeś się do takich poranków, tak jak ja. To tortura, cierpienie i bezradność, gdy wiesz, że ktoś, kto przez długi czas wydawał się twój, nagle należy do kogoś innego, a ty nie możesz nic z tym zrobić. To najgorsze uczucie z możliwych.

Przewracam się na bok. Mrużę oczy, które pieką mnie niemiłosiernie. Ten stan przypomina kaca po alkoholu albo tak zwanego moralniaka. Moje serce leży gdzieś między łóżkiem a oknem, a ja zastanawiam się, czy zawsze byłem taki ślepy. Kochałem zbyt szybko i na ogół byli to niewłaściwi faceci. Dlaczego to ja wiecznie muszę być tym, który cierpi? Dlaczego nikt nigdy nie pokochał mnie tak mocno, żeby nie pozwolić mi odejść? Dlaczego…?

Wzdycham, pozwalając, by światło słoneczne zalało moją twarz. Nie mam czym już płakać, zresztą nie widzę większego sensu w płakaniu, bo jestem facetem, a nie rozklejoną babą. To, że wolę facetów, nie oznacza, że muszę zachowywać jak stereotypowy gej. Nawet nie chcę łez, nie potrzebuję ich. Tak samo jak nie mogę patrzeć na to miejsce, bo wszystko przypomina mi o nim. Leżąc w moim łóżku widzę przed oczami to jak mnie do siebie przytulał.  Nie mogę znieść myśli o tym, że on tak po prostu zamierza zaprzepaścić to co między nami było. W takich chwilach czuje się jakbym był niczym więcej niż jednonocną przygodą, która powtórzyła się o kilka razy za dużo. Czy naprawdę te wszystkie słowa, które szeptał do mojego ucha nic nie znaczą?

Wzdycham, podnosząc się do pozycji siedzącej. Czuję się całkowicie wyprany z czegokolwiek. Trudno jest pogodzić się z myślą, że praktycznie pół roku twojego życia było niczym więcej a kłamstwem.

Siedząc nasłuchuję odgłosów w domu. Odpowiada mi cisza, która wydaje się być zbawieniem dla moich uszu. Przy niej czuje się bezpiecznie – tak jakby żadna z wczorajszych rzeczy nie miała miejsca. Podskakuję w miejscu, gdy słyszę trzask drzwi, a wtedy mam całkowitą pewność, że Zayna już nie ma. Wyszedł do pracy, jak każdego ranka. Wczoraj wieczorem raz na zawsze przekreślił moje serce, rzucając je w kąt niczym najlepszą zabawkę.

Muszę wyrzucić go z mojej głowy, podobnie jak z mojego życia.

Albo to jest impuls, albo chciałem tego od dłuższego czasu. Nic nie było już takie jak na początku. Została tylko i wyłącznie rutyna, poprzeplatana opowieściami o blondynce. Jak mogłem być tak ślepy?

Wstaję, krzywiąc się, gdy bosymi stopami dotykam zimnej podłogi. Ziewam, przeciągając się. Podchodzę do szafy, wyciągam torbę. Wrzucam do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Robię to automatycznie i nawet bez mrugnięcia schodzę na dół. Patrzę tęsknym wzrokiem w kierunku kuchni, słysząc jak moje kiszki grają marsza. Ubieram buty i zarzucam na siebie ciepły płaszcz. Ciągając nosem, wychodzę na zewnątrz. Zamykam drzwi, chowam klucz pod zwiędniętym kwiatem.

Schodzę po schodach, uważając, żeby nie skręcić nogi. Chwytam klamkę od furtki i zatrzymuję się na chwilę. Oglądam się, ostatni raz patrząc na miejsce, które powinno być moim domem. Po mojej twarzy spływają łzy, kiedy dochodzę do wniosku, że nigdy tak nie było. Bo budynek nigdy nie był domem, to osoba, która w nim była dawała mi poczucie bezpieczeństwa, miłość i radość. A to na pewno nigdy nie był Zayn dla mnie. 

     3. 

Londyn nie wygląda już tak pięknie jak wyglądał wczoraj. To jest tak jakby coś nagle diametralnie zmieniło się w moim świecie, a ja żyję z przekonaniem, że on już nigdy nie wróci do poprzednich kształtów. Faktycznie mój wszechświat rozpadł się na drobne kawałki. Nic już nie jest takie samo, jak było. Mam wrażenie, że ostatnie pół roku było jednym wielkim kłamstwem, a ja egzystując w błogiej nieświadomości, wierzyłem ufnie w jego prawdziwość niczym golden retriever. Przystaję na chwilę, chowając twarz w dłoniach. Łzy napływają mi mimowolnie do oczu, a ja przełykam wielką gulę rozpaczy rosnącą w moim gardle. Wypuszczam drżącymi ustami powietrze, próbuję się uspokoić. Niczym mantrę powtarzam, że to nie jest tego warte. Podnoszę wzrok, wyrównuję oddech. Spoglądam na szary Londyn, który nie zachęca nikogo swoim widokiem. Wszystko wydaje mi się takie ponure i odpychające. Śnieg topnieje, na ulicach zostaje tylko szara, ciemna klucha, która przyprawia mnie o mdłości. Big Ben – serce miasta - przyprawia mnie o przygnębienie. Wszystko jest inne, gorsze.

Miało być inaczej. Miało być pięknie. Miały być święta z ukochanym, a wszystko co mam, to złamane serce, którego nie można już posklejać. Było złamane zbyt wiele razy, więc wątpię, że cokolwiek z niego zostało. Śmieję się, uświadamiając sobie, że wystarczyła chwila bym znienawidził tę porę roku, jak i wszystko z nią związane. To niedorzeczne, ale prawdziwe. Święta zawsze były moją ulubioną chwilą w roku i nie, nie ze względu na moje urodziny. Ten dzień zawsze kojarzył mi się z rodziną, miłością, ciepłem i bezpieczeństwem. A teraz wszystko odpłynęło, niczym chmury zmierzające donikąd. Unoszę podbródek, wysuwając go lekko do przodu. Stawiam kołnierz, próbuję osłonić się od wiatru, który smaga moją twarz i wywołuje piekące rumieńce, które mam ochotę z niej zedrzeć. Walczę ze łzami, które wciąż napływają mi hektolitrami do oczu. Czuję się jak żołnierz poległy w trakcie bitwy, gdy w końcu pierwsza z nich spływa po moim policzku. Upadłem dla niego. Upadłem zbyt głęboko, bo zbyt mocno go kochałem. A upadek był bolesny.

Zagryzam wargę niemal do krwi. Zmuszam się do stawiania kolejnych kroków. Stawy bolą mnie tak, jakby co najmniej w pięć minut zardzewiały. Kontynuuję marsz, mijając kolejne budynki. Wydaję się taki pusty. Zdaje się, że mam wszystko. Karierę, pieniądze, sławę, przyjaciół… Jednak moje życie wydaje się nagle takie opustoszałe. Komórka wibruje cicho w mojej kieszeni, ale nie mam siły jej wyciągnąć. Nieprzerwanie dzwoni, a ja nie mam zamiaru jej odbierać. Komuś wyraźnie się nudzi, bo nie odebrałem przynajmniej ośmiu połączeń. Chociaż… może było ich sześć? Zgubiłem rachubę po jakiś czterech. Idę, nie patrząc pod nogi. Dlatego wcale nie jestem zdziwiony, kiedy ląduję na twardym chodniku, uderzając głową w śnieżną zaspę. Leżę tak przez chwilę, napawając się tym jak lodowaty śnieg kontrastuje z moim ciepłym ciałem. Przynajmniej to przynosi mi chwilę wytchnienia. Wypuszczam powietrze z ust, tworząc biały obłoczek. Patrzę jak odpływa w kierunku nieba, tak samo jak wszystko odpływa ze mnie.  Mam zamiar krzyczeć i drzeć się, że życie nie jest sprawiedliwe. Ale jedyne co wydostaje się z moich ust, to cichy pomruk. Nie jestem w stanie złożyć porządnego zdania. Ocieram łzy, które spływając, odmrażają mi policzki. Ciągam nosem, próbując odgonić kapiącą z niego wodę. Siadam na śniegu, delikatnie drżąc. Nie jestem pewien czy moje ciało drga z powodu zimna, czy może rozpaczy. Wszystko jest teraz takie zamazane i niejasne. Moje serce jest odrętwiałe.

Uśmiecham się delikatnie, gdy docieram na tak dobrze znaną mi ulicę. Przystaję na rogu, rozglądając się. Nic się tu nie zmieniło przez ten czas. Może tylko ci upierdliwi sąsiedzi przycięli trochę swoje krzaczki, do których zwracali się jak do małych dzieci, co, moim zdaniem, było niezwykle chore. Kochałem to miejsce. To z nim mam wspomnienia, które przyprawiają mnie o ciepło w moim zepsutym sercu. Wypuszczam powietrze, idąc przed siebie. Rozgarniam butami śnieg, którego jeszcze nikt nie odśnieżył. Topnieje pod moim ciężarem, a ja czuje się jak dobry rok temu. Wtedy byłem szczęśliwy, a moje serce miało się zaskakująco dobrze. Tak wiele zmieniło się od tamtego czasu. Gdybym wiedział… Gdybym go posłuchał…

Przystaję przed bramką, spoglądając na budynek. Tak dobrze znany mi dom. Miejsce, które faktycznie nim dla mnie było. Tutaj zawsze czułem się bezpiecznie. W momencie, w którym naciskam na klamkę, pojawiają się wątpliwości. Moje serce ściska żal, gdy przypominam sobie w jakiej atmosferze opuszczałem to miejsce. Wszystkie powiedziane i niewypowiedziane słowa kłębią się w moim umyśle, wypalając w nim znamię. Jak mogłem być tak głupi i wyzywać go od najgorszych? Co jeśli on już nie chce mnie widzieć? Co jeśli od tamtego czasu wszystko się zmieniło? Co jeśli on mnie… nienawidzi?

Te słowa ledwo przechodzą mi przez głowę. Nie mogę znieść myśli, że po tym wszystkim co mieliśmy on mógł mnie znienawidzić z mojej własnej winy, a do tego jeszcze miał prawo to zrobić. Na jego miejscu – zrobiłbym to.  Dlatego stoję niezdecydowany, jedną stopą znajdując się na posesji. Jakaś niewidzialna siła wpycha mnie do środka. Automatycznie wchodzę po schodach, uważając, żeby nie zjechać po nich na dupie. Dziwnym trafem moja ręka od razu kieruje się do dzwonka i naciska go. Słyszę jak w mieszkaniu rozlega się dobrze mi znana melodyjka. Przerzucam nerwowo ciężar ciała ze stopy na stopę, wyłamując palce. Gdy drzwi otwierają się, mam ochotę wiać gdzie pieprz rośnie i nigdy nie wrócić. Podnoszę wzrok spodziewając się najgorszego. Jednak gdy błękit napotyka brąz, wszystkie wątpliwości zdają się odpływać.

     4.  

Wbija we mnie spojrzenie swoich brązowych tęczówek. Ten wzrok niemal wypala dziurę w moim brzuchu. Momentalnie odwracam wzrok. Cała moja pewność siebie ulatuje ze mnie, jak powietrze z balonika. Czuję się wypompowany i naprawdę nie wiem, co ze sobą zrobić. Łzy spływają ciurkiem po mojej twarzy, kapiąc na moje splecione ręce, którymi nieustannie się bawię. To pomaga mi chociaż na chwilę zebrać się w sobie i nie zacząć wariować. Boję się spojrzeć na niego i zobaczyć te wszystkie emocje, których tak naprawdę nie chcę tam dostrzec. Świadomość, że chłopak może mnie nienawidzić zabija mnie od środka, a gdyby to uderzyło mnie prosto w twarz, moje serce momentalnie by wybuchło jak arbuz zrzucony z dziesiątego piętra. Przerzucam ciężar ciała z nogi na nogę, czując jak pomiędzy moimi butami, a schodami wytwarza się nikłe tarcie. Policzki pieką mnie od łez, które kapią prosto na śnieg, lekko go topiąc. Chowam twarz w dłoniach, próbując uspokoić drżącą wargę. Czuję się niemal idiotycznie stojąc tutaj i po prostu bez słowa płacząc.

- Louis? – pyta, a w jego głosie słychać jakby…niepewność? Jakby się bał, że to wszystko jest omamem, a ja za chwilę zniknę w mgle. Ale to jest rzeczywistość. Stoję, płacząc na progu mojego byłego mieszkania, przed chłopakiem, który uważał mnie za przyjaciela. Tak było dopóki nie schrzaniłem kilku spraw, które wciąż przyprawiają mnie o mdłości. Kręcę głową, jednak tym razem przeszłość wygrywa, a ja nie mam wystarczająco siły, by odepchnąć ją w najdalsze krańce mojego umysłu i po prostu zamknąć jej w bajkowym Sezamie. Zaciskam dłonie w pięści, tak mocno, że aż bieleją mi kłykcie.

- Prze…Przepraszam – mamroczę, a moim ciałem wstrząsa potężny spazm. – N…Nie powinienem b…był tu przy…przychodzić – mówię, wypuszczając powietrze zalegające w moich ustach.

Podnoszę wzrok napotykając jego zdziwione tęczówki. Odwracam oczy tak szybko jak je uniosłem. Cofam się do tyłu, co chwilę szepcząc przepraszające słówka.

- Louis! – słyszę jego krzyk.

Patrzę w jego kierunku i w tym samym momencie tracę grunt pod nogami. Macham rękami, jednak to nie sprawia, że moje nogi ponownie dotykają ziemi. To dzieje się tak nagle, że nawet nie wiem kiedy upadam na moją lewą kostkę, zaciskając nerwowo oczy. Gdy je otwieram, mój wzrok pada na moją kostkę, której nie czuję. Podnoszę się, opierając się jedną dłonią na śniegu. Wstaję, odwracając się i stawiając lewą stopę na ziemi. Czuję promieniujący ból w dole nogi i gdyby nie pomocne ramiona Liama, który zmaterializował się z nikąd, już dawno leżałbym na ziemi. Podnoszę wzrok, napotykając jego zmartwione spojrzenie.

- Wszystko w porządku? – pyta, owijając dłoń wokół mojej talii. 

- A wyglądam, jakby było w porządku? – Rzucam mu niedowierzające spojrzenie.

- Cóż… - Drapie się wolną ręką po brodzie. – Boli cię kostka?

- Nie, kurwa łaskocze – odpowiadam, zaciskając zęby.

- Skoro cię nie boli, to spokojnie mogę Cię puścić – mówi, a w jego głosie słyszę ten niesforny ton. Czuję, jak jego żelazny uścisk znika, a ja stoję na jednej nodze, bojąc się ruszyć.

- Nie, cholera, wracaj tu, słyszałeś Payne? Nie pozwól mi umrzeeeeć! – krzyczę, łapiąc się za serce.

- Poczekaj tu… - informuje mnie, po czym sam znika w domu. Przeklinam pod nosem jego osobę i psioczę na jego pomoc.

W tym czasie, czuję jak cierpnie mi noga, więc powoli, niczym żółw skaczę w kierunku bramki.

- Masz owsiki w dupie? – słyszę za sobą jego głos i aż podskakuje. Szatyn śmieje się, a jego melodyjny śmiech sprawia, że kąciki moich ust również unoszą się w górę.

- Ciebie też dobrze widzieć, Liam. 

     5. 

Izba przyjęć to nie jest mój wymarzony pomysł, na spędzenie dnia. Siedzę tutaj już dobre trzy godziny, czekając na durne dwa zdjęcia rentgenowskie stawu skokowego, czy cokolwiek jest tam napisane w tym medycznym bełkocie. Ze ściągnięciem buta męczyłem się dobre piętnaście minut, ale teraz przynajmniej czuję ulgę. Kostka spuchła mi jak bania i pulsuje, sprawiając, że co chwilę się krzywię. Po raz pierwszy siedzę na wózku inwalidzkim i w sumie nie byłby to głupi pomysł, żeby ścigać się na takim sprzęcie na backstage’u , tylko gorzej byłoby przy bezpośrednim kontakcie ze ścianą, jeśli nie zdążyłbym wyhamować. Krzywie się na wizję leżenia w szpitalu na wyciągu, co kilkakrotnie widziałem w Chirurgach, a może był to Doktor House

Kręcę się na wózku, próbując usiąść wygodnie. Niestety boli mnie tyłek i plecy od siedzenia w jednej pozycji.

Słyszę jak Liam wystukuje stopą nerwowy rytm. Zamykam oczy przysłuchując się temu i uważam, że to jeden z najbardziej irytujących dźwięków na świecie.

- Liam… - mówię, cicho, odpychając się zdrową nogą od ziemi, żeby podjechać w jego kierunku. Kończy się na tym, że stopa zaplątuje się w kółko i w rezultacie czego ląduję twarzą na podłodze. Fukam cicho, wypuszczając powietrze przez nozdrza, niczym rozjuszony byk. Cieszę się, że w pobliżu nie ma żadnej prasy, ani nikt nie robi mi zdjęć, bo to byłoby co najmniej kompromitujące.

Silne ręce łapią mnie pod pachami i pomagają mi usiąść na poprzednim miejscu.

- Nic ci nie jest? – pyta Liam, wioząc mnie w kierunku miejsca, przy którym siedział. Siada naprzeciwko mnie, patrząc ze zmartwieniem widocznym na jego twarzy.

- Umieram Liam! – krzyczę szeptem, łapiąc się za serce. Drugą ręką łapię jego ramię, ściskając je z całej siły. W dramatycznym geście odwracam twarz w jego stronę. – Gdy umrę… - mówię rozżalony. – Możesz zabrać mojego konia!

- Co?

- No konia, nie wiesz co to koń?

- Wiem co to koń, ale po co chcesz mi go zostawić?

- Myślisz, że przyjemnie będzie mu w mojej lodówce? – pytam, nadąsany.

- Chwileczkę…. Co koń robi w lodówce?

- Lepsze pytanie, czego tam nie robi – odpowiadam, uśmiechając się szeroko.

Spoglądam na twarz Liama, który przygryza wargi, próbując maskować śmiech. Niestety w pewnym momencie, gdy pokazuję mu głupią minę, nie wytrzymuje, a w poczekalni rozlega się jego śmiech, który chciałbym słuchać już zawsze. Cała ta sytuacja powoduje, że oboje śmiejemy się jak opętani, otrzymując ostrzegające spojrzenie pielęgniarki.

- Liam pamiętasz jak się poznaliśmy? – pytam, uspokajając się.

- Skręciłeś rękę, a ja pomogłem Ci dostać się do szpitala.

- Dokładnie – mówię, przez chwilę zamyślając się. – A pamiętasz co ci wtedy powiedziałem?

- Hm… Że „UMIERAM! NIGDY WIĘCEJ NIE ZOBACZĘ MOICH MARCHEWEK”? – śmieje się, próbując z marnym skutkiem naśladować mój głos.

- Nie, to co było dalej – podpowiadam mu.

- To, że jestem najlepszym przyjacielem jakiego masz? Powiedziałeś to, a znaliśmy się pięć minut. PIĘĆ MINUT, Louis.

- Czy to ważne? Więc Liam, słuchaj… Chciałbym ci coś powiedzieć… - mówię, wbijając wzrok w ziemię. – Jesteś….

- Louis Tomlinson proszony jest do pracowni RTG.

- Serio? – pytam z lekką dozą sarkazmu, rzucając mordercze spojrzenie pielęgniarce. – Wracając do tematu…

- Jedziemy Louis, jesteś gotowy? – Łapie mój wózek i rozbiega się, po czym niemalże driftem wchodzi w zakręt, na co ja kręcę głową, szepcząc: - I to ja jestem tym nienormalnym.

Dwa zdjęcia, spotkanie z lekarzem i jedna diagnoza później, okazuje się, że skręciłem staw skokowy, a ja momentalnie biję się po policzku. Kręcę głową, wsiadając do samochodu i ziewając przeciągle, bo nawet nie wiem, kiedy zrobiło się ciemno. Patrzę na Liama, który chowa moje kule do bagażnika. Wsiada na miejsce kierowcy, a ja opieram głowę o zagłówek.

- Jak się czujesz? – pyta z nutką zmartwienia.

- Myślę, że gorzej już nie można – odpowiadam, zamykając oczy.

- Będzie dobrze LouLou. Do wesela się zagoi! – pociesza mnie, czochrając moją brązową czuprynę.

Uśmiecham się na to zdrobnienie, a w okolicy mojego serca rozlewa się przyjemne ciepło. Już dawno nikt mnie tak nie nazywał. Chłopak zapala silnik, a moje powieki są jak z ołowiu.

- Li-Li jesteś najlepszym przyjacielem  jakiego mam – szepczę sennie. Nie słyszę co chłopak odpowiada, bo pogrążony jestem w głębokim śnie. 

      6. 

Obracam się na łóżku, drapiąc się po nosie. Układam się na placach, ocieram kropelki potu z czoła. Wypuszczam drżący oddech, próbując odgonić resztki koszmaru, który wrócił i ponownie zaczął mnie nękać. Oddycham miarowo, starając się uspokoić akcję serca. Po chwili otwieram oczy. Mrugam powiekami, czekam aż świat dookoła nabierze ostrości. Światło poranka wlewa się przez okno do pokoju. Krzywię się nieznacznie, kiedy promienie słońca rażą mnie w oczy. Syczę i natychmiast uciekam na kraniec łóżka, niczym wampir. Wtedy dopiero dostrzegam, że coś mi się nie zgadza. Momentalnie siadam na łóżku. Zamykam oczy, czując lekkie zawroty głowy. Rozglądam się wokoło. To nie jest mój pokój. I dlaczego moja noga leży na stercie poduszek? Co ja jestem królewną na ziarnku grochu czy co, do cholery? Zginam nogę, przyciągając ją do siebie. Moje ciało przeszywa niesamowity ból, a w moich oczach pojawiają się maleńkie łzy. Przygryzam wargę, mając nadzieję, że to minie. Nie wiem ile czasu leżę z nogą przyciągniętą do klatki piersiowej. Oddycham z ulgą, gdy ból staje się bardziej znośny. Siadam na brzegu łóżka, na próżno przeszukując wspomnienia wczorajszej nocy. Pamiętam tylko, że byłem w samochodzie, ale wszystko jakby pokryte jest mgłą. Gdy podnoszę wzrok na ścianę, dostrzegam wiszące na niej zdjęcia. Opadam na łóżko i wypuszczam ze świstem powietrze. To wystarczy bym wiedział, gdzie się znajduję. Z tej pozycji przyglądam się fotografiom wykonanym przez Liama. Jest niesamowity, gdy stoi po drugiej stronie obiektywu i celuje nim w ciebie. Potrafi z prostych, mogłoby się wydawać, że naturalnych rzeczy, zrobić coś pięknego i unikatowego. Chichoczę pod nosem, widząc ostatnie zdjęcie zrobione przeze mnie. Przedstawia wściekłego Liama goniącego mnie, gdy udało mi się ukraść jego aparat.

Ten moment przerywają wibracje dochodzące z szafki. Odwracam tam swój wzrok i dostrzegam swojego iPhone. Biorę go do ręki.

Połączenie przychodzące – Zayn

Moje ciało momentalnie się spina na wspomnienie imienia chłopaka. Czuję jak mój dobry humor ulatuje, a na usta wpływa grymas. Telefon tańczy w mojej dłoni, a ja nie wiem, co powinienem zrobić, dlatego odkładam go z powrotem na szafkę. Wzdycham. Zamykając oczy. Wypuszczam powietrze z płuc, czując jak pod powiekami zbierają mi się łzy. Dlatego natychmiast wstaję i chwytam kule. Opierając ciężar ciała na dłoniach, powoli idę w kierunku schodów. Przez chwilę stoję przed nimi, nie wiedząc jak powinienem je zaatakować. Przekrzywiam głowę, rozważając wszystkie możliwości. Aż w końcu odrzucam je na bok i trzymając się poręczy, skaczę na sam dół, przeklinając pomysł wyjścia z łóżka. Do kuchni docieram cały spocony. Wskakując tam wita mnie wesoła melodyjka, nucona przez Liama. Lekko unoszę kąciki swoich ust. Z ulgą opadam na ławę, kładąc zmęczoną głowę na stole.

- I tobie też dzień dobry, Louis – odpowiada Liam, śmiejąc się cicho. Podnoszę lekko głowę i rzucam mu delikatny uśmiech.

Chłopak podsuwa mi pod nos herbatę, a ja uśmiecham się z wdzięcznością. Biorę łyk, nie przejmując się, że płyn lekko parzy mi język. Podkradam kanapkę leżącą na środku stołu, a szatyn uśmiecha się w moim kierunku zachęcająco.

- Jak się czujesz? – Na twarzy Li maluje się zmartwienie. Moje serce ściska się lekko na ten widok.

- Lepiej, ale nie wiedziałem, że kostka może tak boleć – odpowiadam, układając nogę na krześle. Kostka przypomina mi banię. Nie sądziłem, że przez noc spuchnie mi do takich rozmiarów.

- Chcesz coś przeciwbólowego? Poczekaj, poszukam w apteczce… - mówi, wstając.

- Dlaczego to robisz, Liam? – pytam, przełykając kęs bułki.

- Co? – Unosi pytająco brwi. Zastyga w miejscu, wlepiając we mnie spojrzenie swoich niezwykłych oczu.

- Martwisz się o mnie. Dlaczego?

- Bo jesteś moim przyjacielem? – odpowiada, odwracając się do mnie plecami. Prycham w jego kierunku.

- Jaki jest ze mnie przyjaciel? – pytam z nutką sarkazmu.

- Najlepszy jakiego miałem – mówi bez zastanowienia, przeszukując leki.

- Liam, czy ty siebie słyszysz?!

- Tak, wiem co mówię. – Wzrusza ramionami, kładąc przede mną tabletkę. Biorę ją i bez popijania połykam. Chłopak opiera się o blat, rzucając w moim kierunku spojrzenie, którego nie potrafię odczytać.

- Jesteś hipokrytą – odpowiadam, kręcąc głową.

- To co miałem zrobić? – wybucha, podnosząc głos. – Miałem zostawić cię przed moim domem ze skręconą kostką? Miałem nie wpuścić cię do środka? Louis, co ty, do cholery, w ogóle mówisz… Nie zostawiłbym cię samego.

- Ale ja cię zostawiłem – szepczę cicho, czując jak łzy pod powiekami szukają ujścia.

- To, że ty to zrobiłeś, nie oznacza, że ja też to zrobię.

- Liam! – krzyczę, wstając. Opieram się o stół, bojąc się stanąć na chorą stopę. – Zmieszałem cię z błotem, wyzywałem od najgorszych,  a ty po tym czasie stoisz tutaj, udając, że nic się nie stało! Liam, nawet nie potrafię znaleźć słów, którymi mógłbym cię przeprosić za to, co zrobiłem – mówię, czując jak łzy spływają w dół mojej twarzy. Ścieram je wierzchem dłoni, ciągając nosem. – Byłem takim idiotą! Nie rozumiem, jak mogłem potraktować tak mojego najlepszego przyjaciela. – Chowam twarz w dłoniach, próbując ukryć swoje zażenowanie. – A teraz siedzę tutaj, błagając o twoje wybaczenie – o  to, byś traktował mnie tak jak kiedyś… Liam, proszę, nie zniosę myśli, że możesz mnie nienawidzić.

- Nie nienawidzę cię, LouLou.

- Serce kraje mi się na samą myśl o tym. Wiem, że cię zraniłem i naprawdę, naprawdę przepraszam. Gdybym mógł cofnąć czas, ja… ja… - zacinam się, bo wielka gula w gardle uniemożliwia mi mówienie.

Ciepłe ramiona owijają się wokół mojego ciała. Chłopak delikatnie gładzi mnie po plecach, szepcąc mi do ucha uspokajające słówka. Płaczę w jego koszule, mocząc ją do suchej nitki.

- Louis, co się stało? – pyta, gdy udaje mi się jako tako uspokoić. – Nigdy nie widziałem cię aż tak załamanego.

- Musia… musiałbyś mnie zo… zobaczyć po n… naszej kłótni… M…miałeś rację, Li-Li. N… nic dla n… niego nie znaczyłem. B… byłem z… zabawką.

- Louis, błagam… powiedz, że on cię nie skrzywdził – prosi, odsuwając się na długość ramion.

- P… powiedział, że c… chce oświa…. oświadczyć s… się P… Perrie…

- Zabiję gnoja – mówi Liam, zaciskając wargę. – Zgniotę go jak robala! Ostrzegałem go, kurwa! Wiedziałem, wiedziałem, że nie jest dla ciebie odpowiedni! Mówiłem ci to, Louis – krzyczy, a ja opieram głowę na jego ramieniu. Moim ciałem wstrząsa spazm, zagryzam wargę, starając się nie wydawać żadnego dźwięku.

- Ż… żałuję tego. Co… cofnąłbym każde s… słowo, które wtedy po… powiedziałem.

- Wiem – szepcze, przyciągając mnie do swojego ciała. – Po prostu jestem zły na siebie, że cię przed nim nie uchroniłem.

- Liam….

- Ćśśśś, Louis, on więcej cię nie skrzywdzi – zapewnia mnie, a ja staram się wierzyć w jego słowa. – Nikt nigdy więcej cię nie skrzywdzi, nie pozwolę na to.

- P… Przepras….

- Przestań! – mówi, kładąc dłoń na moich ustach. – To, co wtedy powiedziałeś nie jest już dla mnie ważne. Owszem, zabolało, ale głęboko w środku wiedziałem, że nie miałeś tego na myśli. Po prostu czekałem, licząc, że się odezwiesz, nie chciałem robić tego pierwszy, bo nie wiedziałem czy jesteś na mnie obrażony…

- Bałem s… się. Bałem się, że mnie znienawidziłeś.

- Nie potrafiłbym tego zrobić. Jesteś moim przyjacielem, Louis – mówi, przyciskając mnie mocniej do siebie. – Jestem tu dla ciebie.

- Dziękuję, że jesteś. Nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego przyjaciela od ciebie. – Spoglądam na jego twarz, która wydaje mi się czerwona, zbyt czerwona… - OWWWW! Ty się rumienisz!

Śmieję się pod nosem, wtulając się w niego. Układam głowę w zagłębieniu szyi i wdycham jego zapach.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję się we właściwym miejscu, o właściwym czasie. Czuję się po prostu… jak w domu.

     7.  

Z ulgą przyjmuję wiadomość, że mogę z czystym sumieniem pozbyć się kul. Najchętniej rozpaliłbym ognisko i spalił je, skacząc dookoła ognia w szale dzikiej radości, jednak nie robię tego, bo mam jeszcze trochę godności. To był najgorszy tydzień w moim życiu, albo w życiu moich rąk, które wręcz płakały z bólu. Kule są całkiem fajne, bo oczywiście odciążają mi stopę, jednak mają skutki uboczne w postaci siniaków na dłoniach.

Codziennie Liam doprowadzał mnie do szewskiej pasji swoim przypominaniem mi o kulach i nie dawał mi o nich zapomnieć nawet na sekundkę. Chciał wszystko za mnie robić i to było naprawdę irytujące, bo przecież nie jestem ubezwłasnowolniony, do cholery! Zgrzytałem zębami za każdym razem, gdy widziałem, że znów miał zamiar pomagać. Warczałem na niego jak wściekły pies, przeważnie obrzucając go bukietem ciepłych słów.

Jednak patrząc na to z drugiej strony, to było całkiem urocze. Mam kogoś, kto troszczy się o mnie bez względu na porę dnia czy nocy. Chłopak przez ten tydzień był przy mnie i nawet poprawiał mi poduszki! Robił wszystko bym nie musiał cierpieć. Gdy zaczynałem na niego krzyczeć, od razu w mojej głowie pojawiała się myśl, że on tyle dla mnie robi, a ja nic, tylko wrzeszczę… Wtedy niemal od razu przepraszałem go za własne słowa, czując się źle z jego smutną miną. Liam jest naprawdę kochany. Więc w zamian za to pozwalałem mu żartować z siebie i mojego kalectwa, nie zwracając uwagi na to jakiego stopnia były to docinki. Śmiałem się zarówno z tych słabszych, jak i mocniejszych pocisków. To wywoływało te cudowne zmarszczki na twarzy Liama, pojawiające się gdy chłopak chichocze. Sam nigdy ich nie lubił, ale to jedna z tych rzeczy, które ja w nim uwielbiam.

Dzisiaj, jak na zawołanie, oczy otwierają mi się dość szybko. Zrywam się z łóżka niemal skacząc w kierunku pokoju Liama. Wchodzę bez pukania, otwierając drzwi na oścież.

- Hej, Lou – mówi szatyn, uśmiechając się w moim kierunku.

Lustruję go wzrokiem i słodki Boże. Kiedy on się stał taki seksowny? Jak w ciągu tak krótkiego czasu można stać się bogiem seksu? To jest Liam Ciacho Payne! Przyglądam się jego umięśnionym nogom, później przesuwam wzrokiem po całym jego ciele. Zatrzymuje się dłużej na brzuchu, podziwiając sześciopak. Mam ochotę go dotykać, całować, lizać i zrobić z nim co tylko bym zechciał. Oblizuję wargi, przygryzając usta od wewnątrz. Patrzę zafascynowany jak ścięgna jego ramion poruszają się przy każdym, nawet najdrobniejszym ruchu. Podnoszę wzrok wyżej, przyglądając się jego malinowym wargom i, cholera, naprawdę mam ochotę wpić się w te usta i nigdy już ich nie wypuścić na dalej niż trzy centymetry.

- Louis… Lou… LOU-LOU! – słyszę krzyk. Potrząsam głową, wyrywając się z zamyślenia i patrząc na niego pytająco. – Nie gap się! Sprawiasz, że się rumienię, kiedy wręcz pożerasz mnie wzrokiem!

- Wybacz? A w sumie, to nie – odpowiadam, kręcąc głową. – To w stu procentach twoja wina!

- Moja? – pyta, unosząc brwi.

- A widzisz tu innego Liama Payne? Człowieku, spójrz w lustro!

- To cud, że nie pęka – odpowiada. Wznoszę oczy do nieba.

Szatyn stoi, męcząc się z włożeniem swoich spodni, a ja wzdycham przeciągle, rzucając się na jego łóżko.

- Liam, kiedy dotrze do ciebie fakt, że jesteś idealny?

- Nigdy? Może dlatego, że taki nie jestem…

- Mam ci to przeliterować? – pytam. – I-D-E-A-L-N-Y! – krzyczę, przeciągając każdą głoskę. – A teraz zawołaj służbę, bo królowa chce zejść na dół.

- Ha, ha, ha – udaje, że się śmieje kręcąc głową, na co ja reaguję chichotem.

- Co dzisiaj planujesz robić?

- Myślałem… Nie wiem, spędzić dzień z ulubionym i najlepszym przyjacielem? – odpowiada.

- Awwwww! To słodkie!

- Kto powiedział, że mówię o tobie?

- Zgnijesz w piekle, Payne!

- Już się boje – śmieje się pod nosem. – Bo wielką krzywdę będziesz mógł mi tam zrobić, aniołku.

- Nie daj się zwieść, kochanie, jestem diabłem w przebraniu. Jeszcze będziesz błagał o moją litość.

Podnoszę się z łóżka, wychodząc za Liamem. Zanim zdążam dojść do kuchni, Liam wyciąga już składniki na naleśniki, które dziwnym trafem zaplanował na dzisiejsze śniadanie. Podchodzę do niego najciszej jak potrafię. Szatyn nie słyszy moich kroków, które są zagłuszane przez radio. Chwytam mąkę z blatu i chichram się pod nosem, jak mały chochlik. Jednym zamachem wysypuję całą substancję na niczego nie spodziewającego się chłopaka, który przez chwilę stoi zdezorientowany w jednym miejscu. Po chwili kręci głową i strzepuje mąkę tak, że teraz ja również mam ją dosłownie wszędzie! Liam łapie mnie w pasie i sekundę później ląduję na ziemi, przygwożdżony ciężarem jego ciała. Chłopak roztrzaskuje mi na twarzy jajko, a ja jęczę z rozpaczy. Układam się i robię mącznego aniołka na podłodze. Liam śmieje się, kiedy leżę tak przez chwilę, patrząc jak obcisłe dżinsy przylegają do jego pośladków. Karcę się mentalnie za takie i podobne myśli, bo to przecież Liam. Mój przyjaciel – Liam. A nie seksowny i idealny chłopak dla mnie. W radiu zmienia się piosenka, przez co zaczynam jęczeć.

- Wyłącz to! – krzyczę, celując oskarżycielsko palcem w Liama.

- Więc mówisz, że masz sprośne usta, huh? – pyta, unosząc jedną brew.

- Nigdy w twoich nawet najdzikszych snach – odpowiadam, wystawiając język. – A teraz wyłącz to, bo nie lubię słyszeć swojego głosu na nagraniach!

- Jesteś dziwny…

- Gdybyś był halogenem, oświeciłbyś mnie skarbie – mówię, uśmiechając się, po czym wstaję, zostawiając Liama samego w kuchni, by dokończył swoje kulinarne dzieło, bo w innym wypadku zje mnie, ugotuje i będzie maczał moje żebra w sosie BBQ. A moje żebra dużo lepiej wyglądają na mnie, niż na talerzu.

W łazience doprowadzam się do stanu używalności i wracam do salonu, usadawiając się w rogu kanapy.  Włączam jakiś program muzyczny, krzywiąc się, gdy leci piosenka, za którą naprawdę nie przepadam.

Chwilę później dołącza do mnie Liam, niosąc naleśniki. Pochłaniamy je, niczym No-No w Teletubisiach i już po chwili stoi przed nami pusty talerz. Wstaję, wynosząc naczynie do kuchni, gdzie wkładam go do zmywarki. Słyszę jak Liam pogłaśnia muzykę i uśmiecham się od ucha do ucha.

- I used to bite my tongue and hold my breath
Scared to rock the boat and make a mess
So I sat quietly, agreed politely
I guess that forgot I had a choice
I let you push me past the breaking point
I stood for nothing, so I fell for everything
You held me down, but I got up
Already brushing off the dust
You hear my voice, your hear that sound
Like thunder, gonna shake the ground
You held me down, but I got up
Get ready ‘cause I’ve had enough
I see it all, I see it now
– słyszę Liama i nie mogę przestać zagryzać dolnej wargi. Dawno nie słyszałem takiego głosu i w okolicy mojego serca robi się cieplej, gdy jego głos przechodzi przez moje ciało, wywołując dreszcze.

Wbiegam do salonu i drę się na cały głos:

 - I got the eye of the tiger, a fighter, 
dancing through the fire
Cause I am a champion 
and you’re gonna hear me roar.

 Wskakuję na Liama, przewracam go na kanapę, udając, że jestem tygrysem. Nawet warczę, gdy chłopak próbuje mnie z siebie zrzucić. Odpowiada mi cichym śmiechem, drapiąc mnie za lewym uchem.

- Louder, louder than a lion
‘Cause I am a champion 
and you’re gonna hear me 
r-o-o-o-o-oh
o-o-o-o-o-oh
o-o-o-o-o-ar
You’ re gonna hear me roar
.

- Nie wiedziałem, że jesteś małym tygryskiem – mówi, śmiejąc się. – A gdzie twoje pazurki, bestio?

- Schowane. Jeszcze. Nie chciej, żebym je wyciągnął. 

- A jeśli bym chciał? – pyta.

- To spotka cię kara – odpowiadam, przejeżdżając palcem wzdłuż jego klatki piersiowej.

     6. 

Kładę głowę na oparciu kanapy, ale ona praktycznie spada bezwładnie w dół. Mogę z własnego doświadczenia powiedzieć, że telewizja oglądana do góry nogami jest całkiem psychodeliczna. Przebieram nogami, nie mogąc znaleźć wygodniej dla siebie pozycji. Jest nudno. Bez Liama dom wydaje się pusty, a oglądanie meksykańskich seriali to nie jest najlepszy z moich pomysłów. Każdy z każdym, ba to nawet jest dość zabawne, ale z czasem robi się po prostu nudne, kiedy możesz przewidzieć kto będzie następny. Próbowałem już tweetować do fanów, smsować z Harrym czy po prostu śpiewać karaoke na youtube, ale to wszystko było cholernie puste i sztuczne, brakowało mi tam uśmiechu i energii Liama.

Przecieram zaspane oczy i staram się nie myśleć o Zaynie, co niezbyt mi wychodzi. Minął zaledwie tydzień. Nie potrafię wyrzucić obrazu chłopaka ze swojej głowy. Widzę jego postać, ale wszystko co mam ochotę zrobić, to uderzyć go w tą głupią twarz i zedrzeć mu ten uśmieszek z ust. Wciąż nie rozumiem jak mogłem dać się tak omamić. Rzekoma „miłość” zakryła mi oczy, podążałem za nim w ciemno. Wiedziałem o Perrie, mimo wszystko wciąż brnąłem w to głębiej, przez co teraz nie mogę sobie wybaczyć czasu straconego na chłopaka, dla którego byłem tylko i wyłącznie zabawką. Żałuję tamtej kłótni z Liamem, bo wiem, że miał rację co do Zayna, co boli jeszcze bardziej. Zraniłem swojego przyjaciela dla jakiegoś głupiego chłopaka. Krzyczę cicho z frustracji, ale to nie pomaga.

Wstaję z kanapy, stąpając bosymi stopami po zimnych deskach podłogowych. W domku Liama nie jest najcieplej. Krzywię się gdy moje rozgrzane palce stykają się z zimnymi kafelkami. Ten dotyk wręcz parzy, dlatego skaczę z jednej kafelki na drugą, tak jakbym skakał po lodowych krach, aż wreszcie dopadam lodówkę.

- Arrrr! – dziwny dźwięk wydobywa się z moich ust gdy otwieram ją tak, jakby była co najmniej wartościowym skarbem. Wyobrażam sobie ją jako skrzynkę złota, a siebie z przepaską na oku i… Kurwa, ja mam dwadzieścia jeden lat i mentalność dziecka z podstawówki. Jest czego gratulować!

Wyciągam lody z zamrażalki, co jest dość paradoksalne patrząc na to, że za oknem jest co najmniej minus dziesięć stopni, a w domu termometr ledwo pokazuje szesnaście. Ale jak to mówią Hulaj dusza, piekła nie ma.

Wracam do pokoju cały w skowronkach, że wreszcie, gdy Liama nie ma w domu, będę mógł uzupełnić poziom endorfin porządną dawką lodów czekoladowych.  Chowam stopy pod ciepły koc, ciesząc się otaczającą mnie ciszą. No bo hello, Liam nie pozwala mi jeść takich rzeczy kiedy nie zasłużę, a pod tym pojęciem szatyn rozumie sprzątanie po sobie. Staram się to robić, bo Payne jest pieprzonym pedantem i nie ma nic gorszego niż on zrzucający cię z łóżka w sobotę o ósmej - ÓSMEJ! - rano. Dla niektórych (mnie) to jest środek nocy. A taki Liam budzi mnie po to, żebym latał z odkurzaczem po całym domu, ale to nie jest przecież gra w Quidditcha, a Hogwart nie istnieje.

- DUPA ZA MAŁA? – Słyszę czyjś głos i momentalnie podskakuje. Jestem tak zaabsorbowany jedzeniem, że zapominam o bożym świecie. – Żartuję. Ale serio… DUPA ZA MAŁA?

Przewracam oczami, prychając pod nosem.

- Napatrz się na ten cud, Payne, póki możesz robić to za darmo, a wiedz, że w przyszłości nie będą to tanie rzeczy. 

     9. 

Naciskam klamkę od drzwi, która od razu ustępuje. Wchodzę do środka i mimowolnie uśmiecham się, słysząc dźwięki dochodzące z salonu. Zdejmuję buty, kopiąc je gdzieś w kąt. Nie mogę się doczekać, aby zobaczyć Liama. Jego duże, brązowe oczy, które wielbiłem od momentu, w którym go poznałem. Lubię jego uśmiech i jego zmarszczki, które pojawiają się gdy jest szczęśliwy i szczerzy do mnie swoje białe, równe zęby. Uwielbiam całego Liama z jego zaletami, wadami i tymi małymi dziwactwami, które czynią go wyjątkowym. Bo drugiego takiego Liama na świecie nie znajdziesz. A ja nawet nie mam zamiaru szukać.

Wieszam kurtkę na wieszaku i idę w kierunku salonu. Staję na progu. Moje oczy najpierw znajdują Liama, który leży rozłożony na kanapie. Dopiero potem podnoszę wzrok na telewizor i zamieram.  

Widzę siebie w telewizorze. W myślach powtarzam, że to się nie dzieje naprawdę. Tyle razy wmawiałem sobie, że to się nigdy nie stanie, że chłopak nie zobaczy tego wywiadu i nigdy się nie domyśli. Ledwo słyszalnie wzdycham, chcąc zapaść się pod ziemię. Ten wywiad… Mam ochotę cofnąć czas i sprawić, żeby nigdy nie powstał. To było jeszcze zanim stanąłem pod drzwiami Liama i sprawy nieco się skomplikowały.

- Run to twój kolejny singiel, który został wydany zaledwie miesiąc po premierze Best Song Ever. Myślę, że szczerze mogę powiedzieć, iż zaskoczyłeś wszystkich. Twoja piosenka jest numer jeden w ponad piętnastu krajach.

- Tak. Nie spodziewałem się tego… To znaczy, sam jestem w szoku, że tyle osób pokochało ją tak bardzo, w tak krótkim czasie. To szalone, że ludzie to kupują. Nie wiedziałem, że mam fanów poza Anglią. Wiedziałaś, że na twitterze robią różne szalone akcje? Nigdy nie spodziewałem się czegoś takiego. Myślałem, że będę kolejnym niedocenionym artystą. Chciałbym im teraz podziękować. Moim fanom, którzy są niesamowici. Gdyby nie oni, jestem pewien, że nie doszłoby do tego wywiadu.

- Jak już mówiłam dzisiaj premierę ma twój następny singiel – Run…

- Zdecydowanie nie mogłem się doczekać tej premiery. To jedna z moich ulubionych piosenek – przerywam jej, uśmiechając się czarująco.

- Dlaczego? – pyta, zarzucając włosami.

- Jest dla mnie ważna. Opowiada pewną historię…

- Jaką? – Uśmiecha się, a iskierki w jej oczach wyraźnie zdradzają zainteresowanie.

- To zdarzyło się dokładnie rok temu – mówię niepewnie. – Było naprawdę niespodziewane i jakby ktoś wcześniej powiedział, że w ogóle się zdarzy zdecydowanie bym go wyśmiał. To miało przecież wiecznie trwać. Ta piosenka… jest skierowana do osoby, którą straciłem rok temu. Ona będzie wiedziała, że chodzi o nią, a ja jestem zbyt nieśmiały by to wyznać. Byłem wtedy w niezłym dołku emocjonalnym i napisanie tego zdecydowanie poprawiło mój nastrój. Piosenka mówi przede wszystkim o tym, że cokolwiek by się nie działo, ja będę czekał z otwartymi ramionami na tę osobę. Chociaż moje życie jest dalekie od ideału, ofiarowałbym jej wszystko, co mam, byleby uczynić ją szczęśliwszą.

- Więc opowiada o…. zgaduję… twojej pierwszej miłości? – Kobieta unosi brwi.

- Tak, coś w tym rodzaju – odpowiadam, opuszczając wzrok.

- Opowiesz nam o tej osobie? – pyta.

W tym momencie podchodzę do stolika i wyłączam telewizor. Czuję, że na moich policzkach znajduje się ogromny rumieniec i najchętniej zapadłbym się w tym momencie pod ziemię.

Liam odwraca się zdezorientowany w moim kierunku. Jego spojrzenie wywierca dziurę w moim brzuchu.

- Louis? Jak długo tutaj stoisz?

Unosi brwi, obrzucając mnie spojrzeniem swoich brązowych, z których nic nie potrafię wyczytać.

- Jakiś czas… - mamroczę pod nosem.

- Więc… Widziałem wywiad – informuje mnie, a panika wzrasta w moim ciele. Bawię się palcami, wyciągając je. Mam ochotę stąd uciec, bo jestem pewny, że chłopak domyśli się prawdy. – Czy ta piosenka była o mnie? – pyta prosto z mostu.

Mój oddech uwiązł w gardle. Podnoszę na niego przerażone spojrzenie swoich niebieskich tęczówek, wpatrując się w niego przez chwilę. Nieznane mi wcześniej uczucie zaczyna kumulować ciepło w okolicy mojego podbrzusza. Nie wiem czy mogę to wszystko znieść.

- Ja… - jąkam się, próbując jak najdłużej uniknąć odpowiedzi. – Ja muszę iść… Tak, spotkać się z Harrym.

Odwracam się i nie zważając na krzyki chłopaka, wybiegam z domu, praktycznie wybijając sobie zęby na schodach. 

     10. 

Przebieram szybko nogami, przemierzając kolejne przecznice. Czasami odwracam się za siebie, sprawdzając, czy chłopak za mną nie biegnie.

Na szczęście tego nie robi, przez co mogę wypuścić z ulgą powietrze, bo naprawdę nie chcę odpowiadać na jego pytania. Tak, ta piosenka zdecydowanie opowiada o brązowookim szatynie o nieziemskim uśmiechu, znanym jako Liam Payne. Nigdy nie miałem odwagi przyznać się mu, że był moją pierwszą prawdziwą sympatią. Rumieniłem się jak głupi na jego widok, a on nawet nie wpadł na to, że może mi się podobać, uważając, że nie podoba się nikomu. To były piękne, nastoletnie czasy, kiedy byliśmy wolni. Potem pojawiła się Danielle, a ja zrozumiałem, że nigdy nie zawładnę jego sercem. Potem spotkałem się z Zaynem… A teraz jestem jedną wielką porażką uczuciową. Nie dane mi było mieć normalnego związku, nigdy.

Wzdycham pod nosem, wypuszczając powietrze, które kłębi się przed moją twarzą w postaci mgły. Płatki śniegu tańczą na szafirowym niebie, co chwilę przyozdabiając sobą moje brązowe włosy. Wiatr smaga moje zarumienione policzki. Mam ochotę zapaść się pod ziemię, albo przynajmniej porozmawiać o tym z Harrym.

Dlatego wyciągam telefon i piszę mu krótkiego smsa, automatycznie kierując się w kierunku naszej ulubionej kawiarni. Po drodze spotykam kilka fanek, które praktycznie mdleją, przytulając się do mnie, kiedy ja śmieję się cicho pod nosem, bo nie jestem nikim specjalnym. Tylko tworzę muzykę, a to przecież nie ratuje nikomu życia, jak na przykład wynalezienie lekarstwa na raka.

Gdy wchodzę do środka, rozpinam płaszcz, czując wibracje w kieszeni, dlatego wyciągam telefon i czytam sms. Stawiam krok do przodu i natychmiast odskakuje w tył.  Spoglądam w dół na swoją białą koszulkę i jęczę z niezadowoleniem. Cały materiał pokryty jest wielką, brązową plamą po czekoladzie. Zawężam źrenice, podnosząc wzrok.

- Kutas – rzucam w kierunku chłopaka, który stoi przede mną. Moje intensywne spojrzenie mrozi jego niebieskie oczy. Blond kosmyki opadają mu na czoło. Gdyby ten koleś nie wylał na mnie czekolady, uznałbym go za uroczą istotę.

- Uważaj, koleś – mówi, dźgając mnie palcem w ramię. – Zaraz przyjdzie tu mój wielki chłopak, więc na twoim miejscu nie sapałbym się tyle.

Patrzę na niego jak na idiotę i próbuję się nie roześmiać. – Och i gdzie jest ten twój chłopaczek? Schował się za twoimi plecami? – pytam, zaglądając za jego plecy.

- Nie żartuj sobie, cioto, zaraz nie będzie ci tak wesoło.

- Wiesz, że takie groźby są karalne? – Unoszę brwi, rzucając mu arogancki uśmiech.

- O, już tu idzie, zaraz zetrze ci ten twój uśmieszek z twarzy – informuje mnie, a ja podążam za jego spojrzeniem i… to naprawdę cud, że nie wybucham gromkim śmiechem.

- Chłopak, huh? – pytam, gdy Harry podchodzi do nas, obserwując nas niepewnie. W jednym skoku znajduje się przy Loczku, chwytając go za ramiona. Przybliżam go do siebie. – Udawaj, że cię pobiłem – szepcze mu do ucha, udając, że kopię go w kroczę. Chłopak upada na podłogę, łapiąc się za klejnoty. Blondyn patrzy na mnie przerażonym wzrokiem, odsuwając się.

- Harry, Hazz, nic ci nie jest? – pyta, kucając przy Harrym, a na jego twarzy widoczne jest przerażenie. Przez chwilę Styles leży z zamkniętymi oczami, nie oddychając.

Po sekundzie, a może i dwóch, pomieszczenie wypełnia nasz śmiech. Podchodzę do niego i pomagam mu wstać. Przerażony blondyn patrzy na nas, jakbyśmy urwali się z choinki. Harry otrzepuje swoje spodnie, a ja uśmiecham się do niego uroczo, przyciągając go do uścisku.

Biorę łyka czekolady, którą przed chwilą zamówiłem, przyglądając się Hazzie i jego chłopakowi.

- Więc… Myślę, że twój chłopak nie jest taki wielki, jeśli wiesz co mam na myśli – chichoczę, rzucając blondynowi rozbawione spojrzenie. Policzki chłopaka płoną na tę uwagę, a sam opuszcza wzrok na swoje dłonie.

- Znacie się? – pyta w końcu, a ja spoglądam na twarz Harry’ego pytająco.

- Pytasz się czy ja go znam? – Kiwam głową w kierunku Stylesa. – Zmieniałem mu pieluchy!

- Jesteś okropny – stwierdza Hazz, kręcąc głową.

- Jestem wspaniały – poprawiam go. – Hm, więc masz chłopaka, Harry? Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?

Opieram podbródek na dłoniach, przyglądając się im. Oboje są czerwoni, przypominając wyglądem dwa dorodne pomidory.

- Wtedy kiedy ty zamierzałeś mi powiedzieć, że wyprowadziłeś się od Zayna.

Między nami zapada cisza, przerywana naszymi oddechami. Spoglądam na jego twarz. Z mojej znika uśmiech, a w jego miejsce pojawia się grymas.

- To jest, cóż… - jąkam się, kładąc ręce na stole.

- Louis – mówi Harry, łapiąc moją dłoń. Podnoszę spojrzenie napotykając zielone tęczówki. – Co się stało? – pyta.

- Zaręczył się z Perrie – mówię smutno, patrząc na drzwi kawiarni.

- Och…

- Tak, Harry, „och”.

- Jest kutasem – wtrąca się blondyn. – Że dał ci odejść – dodaje. – Nie wie, co traci.

- Nie znasz mnie – przypominam mu.

- Po naszej przecudownej, wcześniejszej wymianie zdań mogę stwierdzić, że jesteśmy bardziej podobni do siebie niż myślałem – mówi. – Jestem Niall i mam nosa do ludzi.

- Uhm, dziękuję? – odpowiadam.

- Zayn do mnie dzwonił, pytał o ciebie. Dokładniej o to, gdzie teraz mieszkasz, a ja… Cóż, byłem w szoku? Myślałem, że, no wiesz, wciąż mieszkacie razem, dwa gołąbeczki i te sprawy… - Harry patrzy na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Tak jakby wyprowadziłem się od niego tydzień temu.

- Gdzie mieszkasz?

- U Liama… - szepczę.

- Tak! – krzyczy Harry, wyrzucając ręce do góry w zwycięskim geście. – Jeden dla Pana Idealnego, zero dla Zayna!

- Nie ekscytuj się tak – hamuję go. – Właśnie dlatego tutaj jestem.

- Coś nie tak? – Kędzierzawy chłopak marszczy brwi, rzucając mi pytające spojrzenie.

- W pewnym sensie domyślił się, że Run jest o nim, a ja spanikowałem i uciekłem. W tym głupim wywiadzie przyznałem się, że był moją pierwszą miłością! – niemal krzyczę z oburzeniem, chowając twarz w dłoniach. – Nie wiem jak spojrzę mu w oczy, co ja teraz…

- Musisz mu powiedzieć – mówią równocześnie Niall i Harry.

- Ja nie mogę, nie potrafię… Jak niby… Niemożliwe… Przecież… - Przez moją twarz przepływają setki emocji, a ja szukam ich ujścia. Próbuję znaleźć odpowiednie słowa, które zaplątały się w niezły supełek na końcu mojego języka. 

- To tylko miłość, nie bomba zegarowa, Lou - mówi Harry, poprawiając swoje niesforne loki i lekko zaczesując je do tyłu. Jego usta układają się w idealny uśmiech, ukazujący jego przednie zęby, bo wie, że ma rację. I ja doskonale wiem, że on ma tę swoją cholerną, durną rację, której tak nienawidzę mu przyznawać. 

- Nienawidzę cię – syczę. – Co jeśli on… no wiecie…

- Nie ma nawet o tym mowy – wcina mi się w wypowiedź Niall. – Masz w sobie jakiś taki urok, który sprawia, że nie sposób cię nie kochać – przerywa, patrząc w stronę Harry’ego. – Nie bądź zazdrosny, misiu pysiu.

Chichoczę pod nosem, zakrywając usta. Wyciągam telefon, widząc wiadomości od Liama. Mój żołądek przewraca się, a na usta wpływa głupkowaty uśmiech.

- To Liam? – pyta Harry, poruszając śmiesznie brwiami.

- Bierz go, ogierze – dodaje Niall, po czym wybucha śmiechem.

Wstaję od stolika, przejeżdżam dłonią po włosach, po czym mówię: - Tylko się zabezpieczcie. Nie chcę zostać nastoletnią ciocią. To byłoby straszne – szepczę, parodiując jakiś beznadziejny serial, który jakiś czas temu leciał na MTV.

- Lou, ale my jesteśmy facetami! – protestuje Niall.

- I? Z tobą to wszystko możliwe, Harry! – odpowiadam, śmiejąc się i odchodząc od stolika.

Zabieram swój płaszcz i puszczam im oczko, po czym wychodzę na grudniowy wieczór. Czuję się lżej, bo przynajmniej wiem, co powinienem zrobić.

Po tych wszystkich latach nauczyłem się, że miłość nie umiera. Bez względu na to, gdzie pójdziemy i to, czy inni będą chcieli nas rozdzielić. Miłość ciągnie się za nami, niczym najcięższy kamień. Jednak czasami ten kamień przekształca się w piękną i dorodną różę, którą pielęgnujesz każdym swoim oddechem, chcąc by już na zawsze pozostała taka sama. 

     11. 

Wracam do domu, uśmiechając się do przypadkowych przechodniów, niczym rasowy psychopata. Nawet nie wiem, kiedy znajduje się pod budynkiem. Przystaję, przejeżdżając dłonią po metalowej powierzchni bramki, zgarniając leżący tam śnieg. Zimna powierzchnia metalu oziębia moje palce, co pozwala mi ochłonąć. Moje serce bije szybciej niż powinno, gdy widzę telewizor zapalony w salonie. Moje gardło staje się suche na samą myśl rozmowy z Liamem, a na moje policzki wpływa zdradliwy rumieniec. Czochram dłonią włosy, wypuszczając powietrze zalegające w moich płucach, które wręcz od razu zamienia się w obłoki białej pary. Moje usta drżą, kiedy przypominam sobie słowa Harry’ego. Boje się, bo kto by się nie bał na moim miejscu. To szalone, że powiem mojemu najlepszemu przyjacielowi, że jest moją pierwszą miłością. Mam ochotę się wycofać i tak po prostu pozwolić, by strach przejął nade mną kontrolę. Ale mam dosyć udawania, że jestem kimś innym. I jeśli ktoś tego nie zaakceptuje, to widocznie nie był mnie godzien.

Czasami żałuję, że nie powiedziałem mu o tym wcześniej. Może wtedy nie czułbym kamienia na sercu, który rósł każdego dnia, gdy oddalałem się od niego. Ten kamień, za każdym razem ciągnął mnie w przepaść, powodując, że spadałem za każdym razem, kiedy widziałem jego twarz.

Ostatni raz patrzę na rozświetlone miasto, a w moim sercu robi się jakoś cieplej. Czuję, że to jest ten właściwy czas i to właściwe miejsce. To jest po prostu mój dom.

Wchodzę po schodach, czując jak moje mięsie drgają delikatnie. Przystaję w połowie, szukając kluczy i przeklinam się w myślach za to, że zostawiłem je na szafce. Szybko pokonuje długość schodów i naciskam klamkę, która od razu ustaje. Cicho wślizguje się do środka i zamykam za sobą drzwi. Idę w kierunku salonu, uśmiechając się na obrazek, który tam zastaję. Liam leży na kanapie, przytulając się do miękkiej, białej poduszki. Jego jedna noga zwisa z kanapy, a grzywka opada mu na czoło. Cicho zdejmuje z siebie buty i wieszam kurtkę na wieszaku. Na paluszkach idę do dużego pokoju. Staję przed kanapą, a moje serce niemal jest na ziemi z rozkoszy. Kucam, zrównując się z chłopakiem. Przez chwilę moje oczy studiują każdy fragment twarzy chłopaka. Podnoszę dłoń i przejeżdżam opuszkiem po jego policzku. Chłopak wtula się w moją dłoń, a ja uśmiecham się czule. Pochylam się i muskam ustami jego czoło. Serce prawie wyskakuje mi z piersi. Z westchnieniem wstaję, żałując, że Liam śpi.

Cicho przedostaje się do kuchni, gdzie włączam czajnik. Zamykam oczy, opierając się o blat. Dotykam dłońmi rozpalonych policzków.

- Żadna wielka miłość nie umiera – szepczę pod nosem.

- Louis? – słyszę głos Liama, dobiegający z pokoju, który sprawia, że aż podskakuje.

Zalewam wodą kubek z herbatą i idę do salonu, niepewnie stawiając każdy krok, jakbym co najmniej szedł na ścięcie. Zaglądam do pokoju, widząc niepewny wyraz twarzy Liama.

- To tylko ja – mówię, kiedy chłopak przewraca oczyma.

- Dlaczego uciekłeś? – pyta, a ja czuję jak spojrzeniem lustruje moją twarz, czytając z niej jak z otwartej księgi.

- Bałem się? – mówię, unikając jego brązowych, sarnich oczu, jak ognia.

- Lou-Lou – szepcze. Unoszę lekko wzrok. Szatyn uśmiecha się, klepiąc dłonią miejsce obok siebie. – Chodź tutaj, skarbie.

Ociężale podchodzę w jego kierunku, opadając na sofę. Biorę łyk herbaty, po czym odstawiam ją na stolik. Czuję jego dłoń na swojej i w moim brzuchu coś się przewraca. Zaczynam się zastanawiać, czy nie zadzwonić na pogotowie.

- Louis, czego się boisz? – Jego wzrok wierci dziurę w moim brzuchu.

- Prawdy… Prawda czasami przeraża, Li.

- Jakiej prawdy?

Przez chwilę przyglądam się swoim dłoniom, wypuszczając powietrze z płuc.

- Run jest o tobie – mówię i od razu czuję się lepiej, gdy te słowa opuściły moje ciało.

- Lou-Lou… - szepcze.

- Wiem, Li, wiem – mówię, uśmiechając się smutno. Opuszczam ramiona, chwytając kubek w swoje dłonie i chwile grzejąc je o jeszcze gorącą herbatę. Ręce chłopaka zaplątują się o moją klatkę piersiową, przyciągając mnie do siebie. Chichoczę cicho, gdy Liam delikatnie mierzwi mi dłonią włosy.

- Co powiesz na film? – pyta, a jego usta muskają moje ucho. Musze się powstrzymywać, by nie jęknąć z rozkoszy. Rumienię się jak szalony, kiwając głową i ciesząc się, że w pokoju jest dosyć ciemno.

Chłopak włącza film, w tym samym czasie ja podziwiam sposób w jaki napinają się jego mięśnie, gdy sięga po pilot. Zgrzytam zębami z niezadowolenia, kiedy puszcza moją talię. Odchylam głowę, układając ją na oparciu i oddycham, próbując ochłonąć, co zupełnie mi nie wychodzi. Wpatruję się w ekran, ale co jakiś czas rzucam Liamowi spojrzenia, chłonąc każdy kawałek jego ciała. Wzdycham, porzucając film i zajmując się oglądaniem szatyna. Przekrzywiam momentami głowę, dopóki Liam nie ziewa. Patrzę na niego szeroko otwartymi oczyma, po czym dźgam go palcem w policzek.

- Nie ziewaj! – zarządzam, a Li spogląda na mnie oburzony, po czym wraca do oglądania filmu.

W pewnym momencie chłopak układa na mnie swoje nogi, opadając na poduszkę. Wtula się w nią, a ja przysięgam, że nigdy nie widziałem słodszej rzeczy. Unoszę brwi ku górze, spoglądając w jego kierunku. – Nie za wygodnie ci? – pytam.

- A co, zazdrościsz? – śmieje się. – Zawsze możesz się przyłączyć – informuje mnie, po czym wzrusza ramionami.

- W sumie to dlaczego by nie – odpowiadam, układając się obok niego.

Stwierdzam, że to był najgłupszy pomysł, jaki kiedykolwiek miałem. Zapach jego perfum obezwładnia mnie. Przytulam się do jego piersi, opierając głowę w zagłębieniu jego szyi. Jedną ze swoich umięśnionych rąk gładzi mnie po plecach, wywołując tym samym przyjemne dreszcze. Przykładam ucho do jego klatki piersiowej, słuchając bicia jego serca – melodii, która jest wręcz kwintesencją mojego życia. Wzdycham, zamykając oczy. Gdy czuję, jak chłopak zdejmuje rękę z moich pleców, krzywię się, jęcząc niezadowolony. Otwieram oczy, spoglądając w górę, w tym samym momencie kiedy Liam spogląda na mnie. Nasze spojrzenia krzyżują się. Błękit spotyka brąz, a wtedy wszechświat zatrzymuje się. Przełykam ślinę, chłonąc każdy cal tego spojrzenia, którym mnie obdarza. Rozchylam wargi, delikatnie nawilżając koniuszkiem języka wargi. Podnoszę rękę, opuszkiem muskając policzek chłopaka. Nasze nogi leżą splątane w dole łóżka. Chłopak łączy naszych dłoni razem, które wydają się być dla siebie stworzone. Patrzę pytająco na nasze ręce, w tym samej chwili, kiedy wargi Liama znajdują się na moich. Chłopak całuje mnie delikatnie,  wręcz leniwie, jakby pytając mnie o pozwolenie. Rozchylam usta, jęcząc, gdy chłopak przygryza moją wargę. W moim brzuchu eksploduje stado motyli, muskając każdy jego zakątek. Wplątuję palce we włosy chłopaka, przyciągając go bliżej siebie i mocniej napierając na jego usta, nie chcąc już nigdy ich opuszczać. Odsuwamy się od siebie, gdy brakuje nam powietrza. Uśmiecham się szeroko, kiedy uchyla powieki, ukazując kryjący się pod nimi ciepły brąz tęczówek. Jeszcze raz muskam jego malinowe usta.

- Sądzę, że mam lekką obsesję na twoim punkcie – szepczę w jego usta, całując je przy każdym słowie.

- Nie żeby mi to przeszkadzało – odpowiada, uśmiechając się i przytulając mnie do swojej piersi, niczym najcenniejszy skarb.

Pocałunek to wszystko. Pocałunek to prawda. Bez nadmiernych wprawek stylistycznych, bez przesadnie zawiłych wygibasów i karkołomnych ewolucji. Naturalny i przez to najpiękniejszy. **

     12. 

Budzą mnie wibracje telefonu wydobywające się z kieszeni moich spodni. Staram się je ignorować, jednak gdy ten ktoś nie daje za wygraną, otwieram oczy. Przejeżdżam dłońmi po twarzy, obracając się w lewo. Uśmiecham się, gdy widzę Liama pogrążonego w śnie. Jego ręce ciasno owinięte są wokół mojej talii. Spoglądam na jego szyję, gdzie dostrzegam ślad po wczorajszej malince i czuję się jeszcze lepiej, gdy wiem, że to wszystko się zdarzyło. Szczerzę się jak mysz do sera, po czym pochylam się i delikatnie muskam ustami wargi Liama. Chłopak uśmiecha się czule, po czym uchyla swoje powieki.

- Mmmm, dzień dobry – mówi zachrypniętym głosem, a ja zastanawiam się, czy przypadkiem nie umarłem i nie trafiłem do nieba.

- Chciałbym, żeby to trwało wiecznie – szepczę, a on kiwa głową.

- I będzie, Lou-Lou, będzie – mówi, przyciągając mnie do siebie i całując moją szyję.

- Li – jęczę, próbując go od siebie odsunąć. – Li, proszę…

- Hmm? – pyta, nie odrywając się nawet o minimetr.

- Muszę iść do pracy – mówię, jednak to też nie pomaga. – Liamie Jamesie Payne, jeśli w tej chwili nie przestaniesz, ZERO całusów przez tydzień. – Uśmiecham się chytrze, gdy chłopak odsuwa się ode mnie z jękiem.

- Musisz? – upewnia się, a ja kiwam głową.

- Wierz mi, że wolałbym spędzić ten dzień z tobą. Pośpij jeszcze, skarbie – mówię, całując jego policzek, po czym wstaję i szybko przebieram się w czyste ubranie. Schodzę na dół, przykrywam Liama kocem i całuję jego czoło. Uśmiecham się, przez chwilę go obserwując.

- Idź już – szepcze. – Bo inaczej cię stąd nie wypuszczę.

- Chciałbym, żeby tak się stało – chichoczę i z bolącym sercem wychodzę na zimny, grudniowy poranek.

Dzisiejszy dzień jest piękny. Czuję się tak, jakbym miał na sobie różowe okulary. Nawet wrzeszczące fanki uważam za wspaniałe, gdy praktycznie drą się do mojego ucha, drażniąc moje kosteczki słuchowe. Chichoczę za każdym razem, gdy Liam przysyła mi jakiegoś sms i rumienię się jak nastolatka. Mimo wszystko podpisuję tony różnych fotografii i robię to ze szczerym uśmiechem, uważając, że nie ma nic piękniejszego, no może poza Liamem, który jest niesamowicie blisko idealności. Cieszę się jak głupi, gdy mój menadżer oznajmia mi, że mogę wrócić szybciej do domu. Niemal biegnę do samochodu, potykając się o własne nogi i zahaczam o pierwszy supermarket, chcąc zrobić Liamowi coś do jedzenia. Romantyczna kolacja, świece, nasza dwójka… Uśmiecham się na tą wizję, chociaż naprawdę nie potrafię gotować.

Zadowolony, wysiadam z samochodu, zabierając ze sobą dwie siatki pełne produktów spożywczych. Wchodzę do domu i uśmiecham się, gdy oczami wyobraźni widzę zadowoloną, a zarazem zaskoczoną twarz Liama. Stawiam zakupy na podłodze, po czym rozpinam płaszcz.

- Li, wróciłem! – krzyczę, licząc na to, że chłopak rzuci się w moje objęcia.

- Witaj, Louis.

To sprawia, że zastygam w miejscu. Zaskoczony obracam się wokół własnej osi, zwężając oczy z niedowierzania.

Czasami sądzimy, że to miłość – róża, o którą chcemy dbać, jednak często okazuje się ona zwykłym chwastem.

XXX

* - fragment piosenki „Moralne Salto” – Strachy na Lachy
** - cytat F. Mocci